Yes - The Quest

Olga Walkiewicz, Yes - The Quest

Napisanie tej recenzji było nie lada wyzwaniem. Nie dlatego, żebym nie miała przekonania do walorów jakie posiada ta płyta, lecz jakby nie patrzeć, to Yes bez mojego ulubionego Andersona. Cóż, w Marillion kiedyś na miejscu Fisha zasiadł Steve Hogarth i glob ziemski z tego tytułu nie pękł na dwoje. Z pewnymi zmianami trzeba się w końcu pogodzić lub wręcz je zaakceptować i pokochać. Poza tym zawirowania w składzie tego zespołu zawsze były czymś normalnym. Nie ma Jona Andersona, za to jest Jon Davison - facet obdarzony całkiem niezłym głosem, o barwie bardzo zbliżonej do Andersona i dużych możliwościach wokalnych. Nawiasem mówiąc, to znakomity muzyk, multiinstrumentalista i kompozytor – w przeszłości związany z takimi zespołami jak Glass Hammer, Sky Cries Mary czy Anyone. Z kolei ktoś mógłby narzekać, że kocha tylko Yes z Wakemanem. To już prawdziwa dyskusja akademicka, spór nie do rozwiązania. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyboru. Ja jednak zdecydowałam się podejść do tej płyty „de novo”. Jakby nie istniała przeszłość. Czy mi się to udało? Nie do końca. Bardzo trudno wyzbyć się tendencji do porównań. Tak to już jest.

Wracając do albumu „The Quest”, stworzyło go pięciu doskonałych artystów. Są to muzycy którzy potrafią naprawdę dużo - naznaczeni muzyczną dojrzałością, pełni pasji i obdarzeni wyobraźnią. Doświadczenie bywa jednak jak chimeryczna stara panna i bardzo łatwo popaść w chęć powielania własnych pomysłów i zawodowe wypalenie. Entuzjazm i rutyna. Jaka jest tego wypadkowa? W przypadku jednego artysty jest to uzależnione od tego, gdzie się znajduje środek ciężkości. Natomiast w przypadku „gromadki” tak znakomitych talentów muzycznych – możemy spać spokojnie. Steve Howe, Geoff Downes, Billy Sherwood, Alan White i wspomniany już Jon Davison – to zestaw nazwisk, który umie zagwarantować wysoki standard i jakość.

Nie ukrywam, że miałam całe mnóstwo wątpliwości zanim po raz pierwszy zmierzyłam się z tą płytą. Czuję się trochę jak Don Kichot walczący z wiatrakami. Jak gladiator rzucony lwom na pożarcie, bo napisanie tej recenzji jest prawie jak ta ostatnia walka Achillesa. Ale trzeba być pełną optymizmu i stanąć do boju, pomimo że wszyscy orzekli moją oczywistą klęskę. Nowy album Yes... Tak, to chwila gdy wiatr zamieram, by posłuchać „The Quest” i tego co myślę. To jak wyznanie złodzieja zabawek, który zamiast uciekać z miejsca przestępstwa, bawi i rozkoszuje się swoim łupem.

„The Ice Bridge” rozpoczyna się motywem wyjętym żywcem z twórczości Ricka Wakemana. Może to niedorzeczne, żeby tak systematyzować brzmienie klawiszy Goeffa Downesa? Cóż, przez parę sekund poczułam jakbym słuchała opowieści o którejś z żon Henryka VIII, Ann Boleyn czy Jane Seymour. Potem sekwencja bogatych, wokalnych soczystości osadzonych w ciekawej orkiestracji. Nie ma tu Andersona, lecz w jakiś przedziwny sposób, unosi się jego duch – w zmysłowości, w tym „fiołkowym brzmieniu”. Tak, za tę kompozycję można oddać duszę. Tej muzyki trzeba po prostu posłuchać. Dać jej się wtrącić w czeluść sensualnego Tartaru – z brzegu wszechświata, z tego miejsca gdzie jest granica, którą trzeba przekroczyć. Po tym szalonym kawałku – nawiedzony - „Dare To Know”. Świetnie zaaranżowane brzmienie orkiestry, subtelności w liniach melodycznych scalanych gitarowymi pasażami Howe’a. Dźwięk gitary otwiera też kolejny utwór, pełen refleksji „Minus The Man”. Ośmiominutowy „Leave Well Alone” jest opowieścią nasączoną częstymi zmianami tempa i nastroju. Taki progresywny „przekładaniec” z klawiszami, chórkami i gitarowym tłem. Chociaż muszę przyznać, że brakuje mi w tej kompozycji i w następującej po niej „The Western Age” - elementów, które by powodowały wybuch eksplozji na słońcu. Nie ma tu burzy magnetycznej, puls nie przyspiesza. Jest wszystko bez zarzutu. Trochę jak z wierszem wydeklamowanym bez udziału emocji. To wielka sztuka utrzymać słuchacza w napięciu od początku do końca. „Future Memories” jest balladowy i niezmiernie piękny. To kawałek, który mnie ujął swoim rozmarzonym klimatem, doskonałą gitarą wchodzącą w perfekcyjną symbiozę z głosem Davisona. Niestety przy „Music To My Ears”- czar pryska. Zespół o takim formacie jak Yes powinien unikać takich „popowych wypełniaczy”. Dla mnie to najsłabszy utwór tego albumu. „A Living Island” początkowo też podąża w tę stronę. Całe szczęście, że Howe trochę ratuje sytuację swoimi minisolówkami.

Przed przesłuchaniem drugiego dysku, głęboko wierzyłam, że znajdę tam jakiś skarb. Ot, takie dziecięce marzenie przy blasku pierwszej gwiazdki. Nastawiłam się optymistycznie. Wzięłam głęboki oddech i gdyby rozczarowanie mogło zabijać, zostałaby ze mnie tylko garstka popiołu. Trzy piosenki. Muzyka łatwa, miła i przyjemna. Bardzo milusie te utwory, ale gdzie podział się zespół Yes?... Sprawdziłam, czy aby to nie zapis z eliminacji do programu „Plażowa muzyka relaksacyjna”… Czasem się zastanawiam, czy aż tak wszyscy zmieniamy się z czasem? A może każdy musi na jakimś etapie stworzyć słodkie rytmy pasujące do leżaczka i drinka z palemką? Szkoda, że tak znakomicie rozpoczynający się album ma takie słabe zakończenie. Czy rzeczywiście potrzebna była ta druga płyta? Odpowiedź sama ciśnie się na usta.

MLWZ album na 15-lecie