Legacy Pilots - The Penrose Triangle

Olga Walkiewicz, Legacy Pilots - The Penrose Triangle

Świat muzyki to przedziwna kraina, gdzie artysta odnajduje swoje tęsknoty i marzenia. Stanowi ona drugie życie – drugą tożsamość. Samorealizacja jest rodzajem walki ze sobą, ciągłym zmaganiem z przemożną chęcią poszukiwania nowych inspiracji, ścieżek prowadzących do nieodkrytych tajemnic własnego wnętrza. Ludzki umysł potrzebuje bodźców, aby się rozwijać. Jest w gotowości bojowej przez całe życie. Czasem trzeba działać na wielu płaszczyznach, aby zaspokoić swoje drugie „ja”. A jest to niespokojna i ambitna „istota” - skłonna do ciągłego niedosytu. Żądna nowych doznań i otwarta na przypływ świeżych emocji. Nieprzewidywalna i pełna pasji. Może właśnie dlatego muzycy nie mogą „usiedzieć” w miejscu. Gnają przed siebie poszukując odpowiedzi na miliony pytań, tworząc jednocześnie wiele rzeczy. Mają w sobie rozżarzony płomień, który nigdy nie gaśnie. Jego wielkość jest wypadkową wyobraźni, snów i przemyśleń zabarwionych kropelką szaleństwa. Trudno się dziwić, że jest tak wiele projektów „Off Label” i przewija się przez nie tak mnóstwo artystów. Jednym z nich jest utworzony w Hamburgu Legacy Pilots.

Powstał w 2018 roku z inicjatywy Franka Us, którego zainspirowała muzyka lat 70. Z takim zamysłem Frank zgromadził wokół siebie wiele znakomitości świata muzyki. Nie skończyło się oczywiście na jednej płycie. Po wydanej w 2018 roku „Con Brio”, dwa lata później ukazuje się „Aviation”, a w tym roku, 25 października, trzeci album - „The Penrose Triangle”. A na nim dwanaście kompozycji stworzonych przez Franka Us, który gra na instrumentach klawiszowych, gitarach, basie i udziela się wokalnie. Towarzyszy mu całe grono przyjaciół – fantastycznych osobowości, które mogłyby ozdobić swoją obecnością płytę niejednego znanego wykonawcy. Można by długo wymieniać: jest tu Marco Minnemann, John Mitchell, Todd Suchermann, Pete Trewavas, Steve Rothery, Finally George, Eric Gilette i Lars Slowak. Zgromadzenie tak wielkiej liczby gwiazd sprawia, że płyta jest bardzo zróżnicowana, barwna i różnorodna brzmieniowo.

Album rozpoczyna się kompozycją „Better Days” z wokalem Johna Mitchella. Ten znakomity artysta nie pierwszy raz ozdabia muzykę swoim charakterystycznym, matowym głosem. Jego wokal znamy dobrze chociażby z projektów Lonely Robot czy Kino. Nie zdziwi wobec tego nikogo jak bardzo czuje się tu i w „Ghost Of The Ocean” ornament, jaki John nanosi barwą swego głosu. „Better Days” to utwór, który błądzi po najdalszych zakamarkach wyobraźni. Jest żywiołowy, ze świetną partią bębnów Marco Minnemanna. Kontrastuje z nim „Ghost Of The Ocean” - rozkwitający gitarą akustyczną w ciepłe brzmienia i refrenem znaczonym chórkami. Gitarowe solo to punkt dla Steve’a Rothery. Wyłania się ono pod koniec utworu, niczym Wenus z morskiej piany. To nie jedyny popis gitarowy Steve’a. Jest jeszcze ślad jego wirtuozerii w melodyjnym „Heaven Must Know” z Frankiem dającym popis wokalny i świetnie rozbudowanym tłem klawiszowym. W „Mad Kings” króluje głos Jake’a Livgrena z Proto-Kaw i cudowna gitara Erica Gilette – niezmordowanego towarzysza Neala Morse’a. Oczywiście nie odbyło się bez popisu perfekcji Erica. Jak odmienny jest styl gry każdego z występujących tu gitarzystów, jak inny mają warsztat i brzmienie…

Instrumentalny „As Dominos Fall” wpleciony został dyskretnie w aurę jazzową, pełną improwizacji i niespokojnych rytmów przesiąkniętych gitarowymi wojażami. To bardzo ciekawa kompozycja owinięta w lekką, rockową szatę. „Coast Cards” emanuje spokojem skrywającym subtelność i letni powab głosu Lizy Livgren. Kolejny instrumentalny, „Shadowplay”, jest świetnym dialogiem pomiędzy klawiszami i szaleństwem perkusyjno–gitarowych improwizacji. „A Change Of Mind” - to w zasadzie trzymodułowa kompozycja wsparta na doskonałej melodii secesyjnie rozrysowanej pomiędzy klawiszami i gitarą. Pojawia się wokal Finally George’a. W pierwszej części muzyka najpierw wiruje lekko, prawie popowo. Druga i trzecia część jest wybitną wycieczką na wernisaż pełen progresywnych motywów naniesionych na jazzujące, soczyste tło. Zaś „A Compendium Of Life” to zakończenie albumu w dwóch odsłonach.

Wersja remiksowa zamyka płytę. Jest to raczej dodatek. Druga wersja instrumentalnego deseru z galaretką o innym smaku. Taki uroczy szept na dobranoc. Tak, bo płyty tej najlepiej słuchać wieczorową porą. Zdecydowanie. Wtedy smakuje najlepiej. Może dlatego, że to pora marzeń...

MLWZ album na 15-lecie