Hart, Beth - A Tribute To Led Zeppelin

Olga Walkiewicz, Hart, Beth - A Tribute To Led Zeppelin

Jeszcze kilka lat temu było naprawdę niewiele kobiet, których głos byłby w stanie mnie zachwycić. Kate Bush – anioł mojego dzieciństwa i młodości, przez długie lata królowała w świecie moich muzycznych ulubienic”. Potem pojawiły się rockowe „wampirzyce” pod postacią Lity Ford, sióstr Wilson i Joan Jett. Następny krok to operowe „divy”, jak Lisa Gerard i Tarja Turunen. Zeszłoroczny Ino-Rock Festival otworzył moje serce dla bogini z Wysp Owczych – Eivør. Kim była dla mnie w tym czasie Beth Hart? Nie należała do tej części muzycznej galerii, do której zwykłam zaglądać. Raczej przemykałam obok tego, co tworzyła, nie wgłębiając się, nie wsłuchując. Ale lata lecą i pewnego pięknego dnia wpadły w moje ręce albumy, które nagrała z Joe Bonamassą, a skoro lubię Joe, to trudno było się nie skusić i nie posmakować delicji, które stworzyli razem. Zaiskrzyło, ale zważywszy, że w tym czasie klasyka była dla mnie numerem jeden i więcej przebywałam w budynku filharmonii czy opery niż we własnym domu – głos Beth nie wpasował się w lukę pomiędzy altami i mezzosopranami. Musiało jeszcze trochę upłynąć wschodów i zachodów słońca zanim doceniłam w pełni tę artystkę. Co więcej, zwariowałam na jej punkcie.

W środowisku moich znajomych wszyscy doskonale wiedzą jak uwielbiam Led Zeppelin. To zespół z którym rosłam, dojrzewałam, przeżywałam pierwsze muzyczne fascynacje. To bardzo ważny fragment mojej młodości. Do dziś niezmiernie cenię każdy z ich albumów, każdy koncert i dokument, który mogłam obejrzeć. Pamiętam jak byłam szczęśliwa w czasie występu Roberta Planta i Jimmy Page’a w katowickim Spodku. Ale to było tak dawno temu... Teraz mamy rok 2022. Kilka dni temu – 25 lutego - odbyła się premiera albumu „A Tribute To Led Zeppelin”, który nagrała Beth Hart. Pomysł, żebym zmierzyła się z recenzją tego albumu powstał nagle, gdy tylko usłyszałam jak śpiewa ich utwory. Oczywiście czynny udział w tym procederze miał jeden z moich redakcyjnych Kolegów, który doskonale zna moją słabość do LZ. Koniec końców zamówiłam płytę w tempie błyskawicy, wylądowała w moim odtwarzaczu i przyznaję, że zagości w nim na bardzo długo.

A jak śpiewa Beth te zeppelinowe utwory? Diabeł, nie kobieta. Nieokiełznana jak wiatr na wrzosowiskach, szalona i fantastyczna. To co jest najbardziej istotne – jako pierwsza nie zniszczyła niesamowitego ognia, jaki drzemie w tych kompozycjach, ich klimatu i blasku. Nie stały się sceną, na której pokazuje się swoje możliwości. To ona wchłonęła ich piękno i scaliła w jedną doskonałą całość. Beth nagrała ten album w towarzystwie świetnych muzyków. Towarzyszą jej: gitarzysta i znany producent – Rob Cavallo, Tim Pierce – gitara (Joe Cooker, Crowded House, Roger Waters, Alice Cooper, Phil Collins), Chris Chaney – bas (Jane’s Addiction, Alanis Morissette), Jamie Muhoberac – keyboards (Jane’s Addiction, Avenged Sevenfold, My Chemical Romance, Joe Cooker), Dorian Crozier – perkusja (The David Kalish Band, The Dead Daisies). W utworze „Stairway To Heaven” przy bębnach zasiadł Matt Laug (Alanis Morissette, Alice Cooper, Vasco Rossi), a za aranżacje orkiestrowe odpowiada David Campbell.

Album otwiera jedna z najbardziej znanych kompozycji zespołu - „Whole Lotta Love”. Obowiązkowy utwór na wielu koncertach Led Zeppelin, żywiołowy i emanujący niesamowitą energią. Prawdziwy dynamit z szalonym, pełnym grozy riffem gitarowym Page’a na początku. Co trzeba dodać - bardzo trudny wokalnie. Beth dała sobie znakomicie radę. Początek to przysłowiowa ”bułka z masłem”, bez problemu trzyma się w niskich rejestrach. Poprzeczka podnosi się jednak w środkowej części, gdzie występują słynne „Plantowe wokalizy”. To bardzo trudne zadanie zaśpiewać utwór, który jest sam w sobie doskonałością pod każdym względem. Inna barwa głosu w stosunku do Roberta też nie ułatwia zadania. I to jest właśnie fenomen Beth. Potwierdza to   jej interpretacja utworu „Kashmir”. A to jest już prawdziwa jazda bez trzymanki. Kompozycja stworzona przez tercet Page / Bonham / Plant ukazała się na „Physical Graffiti” 24 lutego 1975 roku. To jeden z najpotężniejszych, monumentalnych i najpiękniejszych utworów Led Zeppelin. Przepełniony atmosferą niesamowitości i mistycyzmem. Doskonała orkiestracja, esencja zmysłowości i soczystość orientu, którego blask przebija pomiędzy nutami, słowami i strzępami burzy. Na muzyczne płótno udało się przenieść wszystko - dramatyzm tego dzieła, jego aurę poprzetykaną promieniami światła. Jest tu fantastyczna sekcja rytmiczna i czar, jaki roztacza głos Beth – niski, wyzwolony z łańcuchów szarości, żarliwy w swojej emocjonalności.

Numer 3 to róża zamknięta w kryształowej kuli - „Stairway To Heaven”. Jedna z najlepszych ballad rockowych wszech czasów. Utwór, który stał się prawdziwym symbolem, lecz oczywiście nie dlatego nazywa się czwarty album Led Zeppelin - „Four Symbols”, ale to już całkiem inna historia. Zespół po raz pierwszy zagrał go w trakcie koncertu w Ulster Hall w Belfaście. Czas niepokoju, zamieszki na ulicach, sukces koncertu, ale i chaos podczas jego zakończenia - dały wtedy specyficzny wymiar tej niesamowitej kompozycji. Zawsze wywoływała ona wzruszenie u fanów. Sekwencja fletu, dwunastostrunowa gitara Page’a, smyczki budujące tło w sposób perfekcyjny, no i pełen pasji głos Planta - otwierały skrzydła aniołom. Wersja Beth jest nie mniej przesiąknięta emocjami. Ma ona niebywałą umiejętność wyrażania nim skrajnych uczuć, budowania schodów do nieba - załamując promień myśli w pryzmacie muzyki.

„The Crunge” to jeden z najciekawszych utworów z „Houses Of The Holy” (1975). Utwór ten powstał w trakcie swobodnej improwizacji muzyków, całkowicie niewinnie. Funkowy rytm, jaki zaczął grać Bonham, podjął John Paul Jones, dołączyła do nich pozostała dwójka i powstał utwór inny niż pozostałe. Beth dodaje tu specyficzną nutę szaleństwa i kobiecości, ale takiej drapieżnej, odartej z różowych muślinów. Bardzo ciekawe są tu „eksperymenty” z umieszczeniem po „Dancing Days” fragmentu „When The Leeve Breaks”, po czym następuje powrót do tematu głównego z „Dancing Days”.

„Black Dog” to jeden z pierwszych utworów Led Zeppelin, którym katowałam biednych sąsiadów. Beth śpiewa go z ogromną energią, jest jak wulkan pełen ognia, niepokorna i dzika. I tak ma być. Ta żywiołowa kompozycja z 1971 roku jest jednym z najcięższych kawałków zespołu, ma w sobie prawdziwy „lwi pazur” i rozżarza wszystko do czerwoności.

Zaraz po niej mamy na płycie kolejny mariaż dwóch utworów: „No Quarter” i „Babe I’m Gonna Leave You” zakończony powrotem motywu z „No Quarter”. Muszę przyznać, że muzycy występujący na tym albumie są niesamowici. Poziom umiejętności, obłędne gitarowe jazdy, symfoniczny fundament rozbudowany z pietyzmem i precyzją, bas, bębny…

„Good Times, Bad Times” poraża energią, świetnym aranżem, a sekcja rytmiczna aż wciska w fotel.

Zakończenie płyty to „The Rain Song” - ekstaza zeppelinowego brzmienia, deszcz ubierający szyby w kryształy wilgoci, w łzy dźwięków i tęsknotę. Beth śpiewa tu delikatnie, namiętnie, aż rosa spływa po rzęsach… A może to łzy?… I to już wszystko. Czas zamyka księgę myśli. Arsenał wspomnień. Po tym utworze nie może być nic więcej.

Kiedyś, a było to bardzo dawno temu, zakończyłam tym utworem jedną z moich audycji radiowych. Gdy nie byłam już na antenie, zauważyłam, że dziewczyna, która była realizatorką, wyciera oczy chusteczką… Taka jest siła tej kompozycji. Taka jest potęga muzyki... Dlatego to piękne, gdy możemy posłuchać płyt które są hołdem jednych artystów dla drugich. Szczególnie takich wspaniałych płyt jak ta. Nic więcej nie mam do dodania. Może tylko: „Beth Hart - jesteś wielka...”

MLWZ album na 15-lecie