Unifaun - Unifaun

Artur Chachlowski,

ImageUspokójmy grę. Nie zachłystujmy się i zbytnio nie egzaltujmy. Nie traktujmy tego albumu superserio. Choć trzeba mieć świadomość, że z całą pewnością obydwoma muzykami tworzącymi grupę Unifaun kierowały poważne intencje. I dla nich niniejszy krążek to album jak najbardziej „na serio”. Panowie Nad Sylvan (sic!) i Bonamici poznali się za pośrednictwem forum internetowego fanów grupy Genesis. Po przesłaniu sobie próbek własnych kompozycji przekonali się jak bardzo bliskie są ich gusta muzyczne i zadecydowali się nagrać płytę z – jak to sami określają - „piosenkami, którymi zespół Genesis nigdy nie nagrał”. Wszystkie utwory (a jest ich na tej płycie 12) zostały skomponowane w ciągu ostatnich 4 lat, za wyjątkiem kompozycji „Mr. Marmaduke And The Minister”, którą jeszcze w latach 70. Nad wykonywał ze swoim ówczesnym zespołem.

Duch twórczości Genesis jest wszechobecny na tej płycie. Warte podkreślenia jest to, że muzyka Unifaun nie sprowadza się jedynie do naśladowania i cytowania. Nie jest ona też pastiszem, w stylu znanym na przykład z niedawnego krążka Beatalliki. Po prostu, panowie Sylvan i Bonamici czerpią ile się da z klimatu kompozycji Genesis, starają się jak mogą oddać esencję muzyki tej grupy, próbują odtworzyć atmosferę twórczości tego zespołu z jego najwcześniejszego, przed „pop rockowego”, okresu działalności. I nawet im to nieźle wychodzi. Ich muzyki słucha się ze sporą przyjemnością. Ale najwięcej frajdy przy słuchaniu sprawia wychwytywanie ewidentnych nawiązań, tych skinień i mrugnięć okiem w stosunku do dokonań Genesis z lat 70.

Generalnie rzecz biorąc, Nad Sylvan swoim sposobem śpiewania naśladuje Petera Gabriela, lecz niekiedy, jak w nagraniu „To The Green Faerie”, brzmi on prawie dokładnie jak Phil Collins śpiewający genesisowski utwór „Inside And Out”, czy może nawet „Lord I Saw Her Now” z solowego albumu Anthony Phillipsa pt. „The Geese And The Ghost”. Z kolei jednoznacznym ukłonem w stronę Steve’a Hacketta jest na przykład instrumentalna kompozycja „ReHacksis”, która już swoim tytułem deklaruje, że jest hołdem złożonym temu gitarzyście. Brzmi ona, wypisz wymaluj, jakby była zbiorem niepublikowanych partii gitarowych z okresu płyty „The Lamb Lies Down On Broadway”. Takich śmiałych „ukłonów” jest na tej płycie całe mnóstwo. Proszę posłuchać intro do najdłuższej na płycie kompozycji „Quest For The Last Virtue”. Toż to przecież stylistyczna parabola do pierwszych fraz „Dancing With The Moonlit Knight”. W dalszej części tego samego nagrania Nad przez chwilę śpiewa w sposób naśladujący głos Slippermana – jednego z bohaterów pamiętnego „Baranka”. Co więcej, przez kilka minut instrumentalna część tego utworu brzmi jakby była cytatem z finałowej części „Entangled”. Mrocznej atmosfery „The Carpet Crawl” można doszukać się w utworze „A Way Out”, z kolei „Maudlin Matter” brzmi jak jakaś gabrielowska piosenka, która mogłaby śmiało pochodzić z jednego z trzech pierwszych albumów byłego wokalisty Genesis. Tekst „Welcome To The Farm” mówi o wyprawie do Surrey, do miejsca znanego jak The Farm – miejsca pielgrzymek fanów Genesis. Z kolei „Bon Apart” to instrumentalna kompozycja utrzymana w stylu Tony Banksa i jego płyty „A Curious Feeling”. A jakby komuś było jeszcze mało, to powiem, że zamykający płytę grupy Unifaun intsrumental „End-Or-Fin” zbudowany jest dokładnie według tych samych reguł, które Genesis zastosował w „Duke’s Travels/Duke’s End”.

Na całej płycie te genesisowskie klimaciki plączą się bez przerwy, nieustannie przewijają się to tu, to tam, ale, powtórzę to raz jeszcze: raczej nie są one ewidentnymi cytatami, a tym samym nie przekraczają granicy dobrego smaku. W muzyce grupy Unifaun przez cały czas słychać daleko idącą fascynację twórczością Genesis, jednak obaj panowie nie chcą, a może raczej nie potrafią, zachwycać porywającymi partiami instrumentalnymi (baaardzo daleko im do wirtuozerii Tony’ego Banksa), finezyjnymi brzmieniami „collinsowsko” brzmiącej perkusji, czy długimi i soczystymi solówkami granymi na gitarach. Co więcej, niekiedy słychać (jak na przykład nieudolnie brzmiące ni to bębny, ni to automat perkusyjny w „Birth Of A Biggie”), że produkcje duetu Unifaun rodziły się w domowych, by nie powiedzieć półamatorskich warunkach. Ale i tak muzyka z tej płyty mimo wszystko może się podobać. Lecz lepiej traktować ją raczej jako ciekawostkę niż przełomowe dzieło w świecie progresywnego rocka.

www.progressrec.com

MLWZ album na 15-lecie