Strange Pop - Ten Years Gone

Redakcja, Strange Pop - Ten Years Gone

Strange Pop to solowy projekt Michała Dziadosza – muzyka, którego pamiętamy m.in. z takich formacji, jak Iluzjon, Unitra Brothers, Hua Sha, czy Calma. Na płycie „Ten Years Gone” Michał gra na basie, instrumentach perkusyjnych i klawiszowych, flecie oraz śpiewa, a towarzyszą mu doskonale znani rodzimi gitarzyści: Michał Wojtas (Amarok), Michał Kirmuć (Collage) i Maciej Sochoń (Seasonal). Punktem wyjścia i celowo narzuconym ograniczeniem artystycznym dla projektu Strange Pop było trzymanie się brzmień nieprzekraczających roku 1980. Większość dźwięków, jakie usłyszymy na albumie, przywodzi na myśl skojarzenia retro, a szczególnie klimat lat 70. XX wieku.

Funkująca sekcja rytmiczna, wyłącznie analogowe syntezatory, przestrzenne gitary i intymny wokal, a nade wszystko: czytelność, organiczność i naturalność - to domena tej płyty. Warto zaznaczyć, że nie mamy tu do czynienia z udawaniem lat 70., a z bezgranicznym wtopieniem się w tamten czas. Ogromna większość partii instrumentalnych wygenerowana została na żywo, bez pomocy komputera, wszechobecnego dziś strojenia wokalu, kwantyzacji, programowania i metody ‘kopiuj-wklej’. Michał Dziadosz pozostawił sobie dodatkowo asa w rękawie: do tradycyjnych metod nagrywania dołączył najnowsze techniki realizacji dźwięku osiągając zamierzony cel w postaci zachwycającej syntezy organicznego grania oraz sporadycznych sampli wzbogacających strukturę tam, gdzie było to niezbędne.

Dodatkowo Michał ograniczył ilość nagrywanych śladów do absolutnego minimum. Tak, jakby posługiwał się dwunastośladowym magnetofonem, jakieś pięćdziesiąt lat temu. Niektóre utwory zostały zrealizowane na zaledwie pięciu ścieżkach! Dlatego też muzyka zawarta na albumie jest, jak na dzisiejsze czasy, nietypowa. Może wydawać się naturalistyczna i mało komercyjna. Tak w istocie jest – na przykład trwająca blisko kwadrans kompozycja „432 Bars” to rzecz jakby z zupełnie innej bajki niż wszystko to, co współcześnie ukazuje się na płytach. Ambientowy klimat, niepokojący nastrój i niesamowicie wciągające dźwięki trzymają słuchacza w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Lecz nie jest to absolutnie ‘radiowe’ nagranie. Nie ma konstrukcji typowej dla klasycznej piosenki czy nawet dla typowego rockowego utworu. Tu liczy się klimat, tu budzi się wyobraźnia, tu magiczne minimalistyczne dźwięki zmieszane z szumem fal skłaniają do zamyślenia i zadumy. Dotarcie do sedna tej kompozycji, ale i do całego albumu, wymaga odpowiedniej atmosfery i określonej liczby przesłuchań.

Album „Ten Years Gone” jest bardzo udanym powrotem Michała Dziadosza po jego wieloletniej nieobecności na scenie muzycznej. Opowiada o tym tak: „Przez niemal dekadę próbowałem wrócić do aktywnego bycia muzykiem, ale nie umiałem sobie odpowiedzieć na proste pytanie: „Dlaczego?”. Nie miałem już dawnej młodzieńczej werwy, która pchała mnie do przodu każdego dnia, mimo wielu trudności. Na pewno nie miałbym dziś siły na samodzielne prowadzenie zespołu, jak to miało miejsce w przypadku Iluzjonu, przynajmniej przez większość lat jego istnienia. Ale przecież nie trzeba prowadzić zespołu, by zajmować się muzyką! Musiałem zatem sam przed sobą przyznać się, czy naprawdę kocham tę profesję, czy tylko mi się tak wydaje. Musiałem odrodzić się na nowo, przezwyciężając dawne motywacje, absurdalne kompleksy i marzenia o karierze godnej Bruce'a Springsteena. Kiedy więc wróciłem do studia, zrobiłem to z pełnym przekonaniem. Materiał powstał bardzo szybko, choć potem potrzebował poleżakować niemal rok. Musiałem nabrać dystansu, by móc wyprodukować wszystko jak najlepiej.

Wielką inspiracją był dla mnie Maciek Sochoń z Seasonal, który uświadomił mi, że wcale nie trzeba się napinać. Można tworzyć bez wielkich planów i założeń. Bez maksymalizmu i ambicji, które czasem doprowadzają do bardzo niepotrzebnych i toksycznych sytuacji. Ileż to lat żyłem wcześniej w naiwnym przekonaniu, że jak się gra, to trzeba dążyć do tras koncertowych, drogich teledysków, złotych płyt co dwa lata i życia według konkretnego schematu, narzuconego nam przez kulturę popularną? Maciek uświadomił mi, że wcale tak być nie musi. Bardzo jestem mu za to wdzięczny. Zresztą wszystkie trzy osoby zaproszone na album są dla mnie, na różnych poziomach, ważne. Michał Kirmuć (Collage) to znajomy z bardzo dawnych czasów. Jako dzieciak chodziłem na jego koncerty i słuchałem go spod sceny, choć jest niewiele starszy ode mnie. Dodatkowo czytałem jego artykuły w prasie muzycznej, zawsze darząc sympatią i szacunkiem. Michał Wojtas (Amarok) to wyborny muzyk, który rozważał kiedyś dołączenie do mojego zespołu Iluzjon, w czasach, gdy szukaliśmy gitarzysty. Powiedział mi o tym długo po fakcie. To był dla mnie szok i zaszczyt. Finalnie nie doszło wówczas do współpracy, bo on działał jeszcze w swoich rodzinnych Kielcach, a Iluzjon funkcjonował w Warszawie. Po latach uznałem, że skoro nasze muzyczne drogi nigdy się dotąd nie połączyły (choć mogły), to ja teraz sam stworzę okazję.

Ten album to, w pewnym sensie, skompresowana opowieść o ostatnich dziesięciu latach mojego życia, ale bez większych dosłowności. Starałem się zrobić wszystko, by przekazywane treści miały wartość zarówno osobistą, jak i uniwersalną. Inspiracje? Oczywiście Pink Floyd, Soft Machine, ale nie tylko. Już dawno temu zainteresowałem się swingiem, groovem i naturalnym feelingiem, szczególnie tym z lat siedemdziesiątych. Robiłem więc wszystko, by przenieść to na moją płytę”.

Rzeczywiście. Muzycznie na „Ten Years Gone” mamy do czynienia z konglomeratem art rocka i ambientu, ale z dość funkująco-soulowym zacięciem, co najlepiej słychać w zamykającym płytę utworze „All This Hope” (to tutaj na gitarze i na syntezatorze gitarowym udziela się Michał Kirmuć), który skupia w sobie najszersze spektrum wszystkich obecnych na tym krążku gatunkowych wpływów. Trwający 40 minut album jest niesamowicie wciągający, długimi chwilami niemal hipnotyzujący. Dobrym tego przykładem jest wspomniana już wcześniej długa, marzycielska kompozycja „432 Bars” czy poprzedzający ją na płycie, nieco krótszy, inny ambientowy, w pełni instrumentalny temat „Ex Oriente Lux”. Pomiędzy tymi dwoma nagraniami znajduje się jeszcze jedno mroczne, tajemniczo brzmiące nagranie „Night Trip” o dość nietypowej konstrukcji: subtelne syntezatorowe tła, lekko tętniący bas, odważne gitarowe pociągnięcia w wykonaniu Macieja Sochonia i magnetyczny śpiew Dziadosza… Wszystko to sprawia, że czujemy się niczym w środku psychodelicznego spektaklu, w którym nic nie jest oczywiste, nic nie wydaje się realne, nic nie jest takie jak wydawało się na samym początku… Ale są też w tym zestawie bardziej klasycznie zbudowane utwory, jak na przykład dwa mocno nasączone jeżozwierzowym klimatem nagrania umieszczone na początku albumu: singiel „Goodbye Song” czy też otwierający płytę niezwykle przejmujący temat „Quiet Storm” (grający na gitarze Michał Wojtas kreuje w nich obu prawdziwie Wilsonowsko-pinkfloydowską atmosferę).

To niewątpliwie to jeden z najciekawszych polskich albumów, jakie pojawiły się na rynku w trakcie ostatnich miesięcy. Ukazał się on nakładem Lynx Music.

 

Na podstawie materiałów informacyjnych zespołu.

MLWZ album na 15-lecie