ProAge - Coelum

Tomasz Dudkowski, ProAge - Coelum

Rozpoczynając recenzję poprzedniego albumu formacji proAge, zatytułowanego „4. wymiar”, wspomniałem, że z godną pozazdroszczenia regularnością wydaje ona swoje płyty na początku lat nieparzystych. Tym razem zespół wyłamał się z tego schematu i nieco ponad rok od poprzedniego krążka do naszych rąk trafia jego nowy album, któremu nadano nazwę „Coelum”, co po łacinie oznacza „Niebo”.

Zacznę nietypowo, od okładki autorstwa Dariusza Wojtowicza. Widzimy owszem niebo, ale rozświetlone błyskawicami, nadającymi mu pomarańczową barwę. Z tych niebios wyłaniają się dwa anioły, choć też bardzo nietypowe, bardziej przypominające diabły, czy też demony, które trzymają logo grupy. Ta przewrotna grafika może sugerować, że zawartość muzyczna płyty będzie oscylowała gdzieś w hardrockowo-metalowych rejonach. I owszem, zespół zrobił sporą woltę jeśli chodzi o brzmienie, ale oddalone od 180 stopni od powyższych skojarzeń, albowiem „Coelum” to album w 100%... akustyczny.

Już po tym wstępie widzimy, że mamy do czynienia z wydawnictwem nieoczywistym w kilku płaszczyznach. Ale to w sumie nic nowego w historii proAge. Już jeden z wcześniejszych albumów, „MPD” (2019) z wieloma stylistykami odpowiadającymi różnym osobowościom bohaterów tekstów był tego zwiastunem. Poprzedni krążek, który był trzecim pełnowymiarowym wydawnictwem, został nazwany… „4. Wymiar”, a utwór tytułowy w postaci trwającej rekordowe 30 minut suity, jako jedyny został zaśpiewany po angielsku (dopiero w wersji winylowej ukazał się z polskim tekstem). Tym razem, wzorem dwóch pierwszych płyt, otrzymujemy ponownie dwie wersje językowe całego materiału, a łacińskie tytuły, oprócz wprowadzenia pierwiastka mistycyzmu, spowodowały że mogły one pozostać w niezmienionej formie w obu wersjach. Tym bardziej, że zrezygnowano z wydawania krążków jako osobnych pozycji i oba dyski umieszczono w jednym digipacku.

Część fanów miała okazję usłyszeć nowe kompozycje nieco wcześniej, w dąbrowskim Pałacu Kultury Zagłębia podczas koncertu, który odbył się 18 grudnia ubiegłego roku. Początkowo setlista miała być inna, opierająca się na wcześniejszych nagraniach, ale w związku z chorobą basisty, zespół zdecydował, że zaprezentuje swoje nowe oblicze, choć w niekompletnym składzie. W związku z absencją Romana Simińskiego jego obowiązki częściowo przejął gitarzysta Sławomir Jelonek. Stąd też poszczególne utwory były pozbawione partii basu lub gitary. Niemniej już wtedy słychać było spory potencjał w premierowym materiale.

Po raz pierwszy w historii grupy płyta została nagrana w tym samym składzie, co poprzednia: Mariusz Filosek – śpiew i teksty, Krzysztof Walczyk grający na pianinie, Mariusz Rutka na saksofonie, Bogdan Mikrut na perkusji, Roman Simiński na basie oraz Sławomir Jelonek na gitarze, wspomagający także Filoska wokalnie. Innym novum jest zaproszenie do nagrań żeńskiego chórku – Swing Sisters (Izabela Grzyb, Alicja Kulik, Anna Nocoń).

Nowa propozycja pochodzącej z Zagłębia Dąbrowskiego formacji trwa zaledwie 37 minut, co oznacza, że jest ona najkrótszą w jej historii. Wszystkie utwory zostały zarejestrowane „na setkę” w mikołowskim studiu „Epicentrum” pod czujnym okiem i uchem Jana Mitoraja (Osada Vida, Brain Connect), który podobnie jak miało to miejsce przy poprzednim wydawnictwie, jest odpowiedzialny za realizację, produkcję i miks nagrań.

Taki sposób nagrywania oraz wykorzystane instrumentarium spowodowały, że cała płyta brzmi niezwykle spójnie, jednolicie oraz dość surowo. Do minimum ograniczono produkcję, stawiając na świeżość przekazu.

Gdzieś jest miejsce zwane Coelum.

Wszyscy o tym marzą, wierzący i ateiści.

Możesz tam pozostać przez całe życie, a także po śmierci.

Nie wszystkie drogi tam prowadzą, ale jest tajemnicze przejście zwane Purgatorium.

 

Te słowa umieszczono na wewnętrznej stronie okładki. Żeby dostać się do Nieba trzeba przejść najpierw przez Czyściec i zmierzyć się ze swoimi demonami. Muzyczną opowieść o tej walce zaczyna pozornie lekka piosenka „Odium”. Przyjemne akordy zagrane na gitarze, fajne tło na pianinie, a potem także cudowna jego solowa partia, melodyjny bas bezprogowy, spajająca wszystko perkusja, przyjemne saksofonowe solo, żeński chórek wspomagający Filoska. Prawie „letnia piosenka”… Ale jak wspomniałem, ten album jest pełen nieoczywistości. Bo, zgodnie z tytułem, jej tematem jest zmaganie się z nienawiścią:

„Chodź tu bo nikt nie odważy się przyjść

Chodź tu bo nikt nie wykrzyknie im zaraz

Czy boisz się że szukają nas znów ?

A może chcesz by znaleźli nas już?

i czy wiesz gdzie bezpieczny dom

Czy gdzieś jest i czy znajdziesz go ?

           

Między ciszą a krzykiem rozpłakał się strach

Bez głów bez nóg byle skulił się

Nienawiści pełne beczki słów

Przez mur na tłum bezrozumnie lać”

 

Bardzo udane wprowadzenie w płytę i jej temat. Druga ścieżka to „Incestus”, czyli „Kazirodztwo”. Tu prym wiedzie początkowo Rutka wraz z Simińskim. Potem do głosu mocniej dochodzi Jelonek (jest także solo gitarowe) i Walczyk, a także żeńskie trio, które towarzyszy wokaliście w tym fragmencie tekstu:

„Poczuj moje szepty, nie wstydź się

Dzięki tobie płonę, bawmy się

Patrz to my, nie mam wszak intencji złych

Nie bój się, nie mów mamie, bo to grzech”.

Jako trzecie otrzymujemy singlowe nagranie „Lilith”. Tu zwraca uwagę, oprócz fantastycznej ścieżki pianina, śpiew Filoska, który w końcówkach wersów przechodzi wręcz w falset, płynnie wtapiając się w głosy pań Grzyb, Kulik i Nocoń oraz… Sławka Jelonka. Tytułowy demon kusi…

„Czasem nie mam sił, ust twych czerwień kusi znów

Noc milczeniem jest, pójdę z tobą dziś na dno

Nie dotykasz mnie, nie całujesz moich ust

Porzucony wstyd, mitem wciąż dla ciebie jest

 

Wichry pchają mnie do dna

Do najdalszych krain, do nowego dnia

Rozpalone ciała, bezimienny trans

Słodko gorzkie szepty, grzeszny życia smak”.

 

Po tej subtelnej pieśni, do naszych uszu dochodzą dźwięki kompozycji „Superbia”, która powoli rozwija się, by po początkowej lekkości, z miarowym uderzaniem pałeczki w obręcz werbla i oszczędną partią pianina nabierać mocy, by w końcówce zmienić się w totalne szaleństwo z górującym nad wszystkim saksofonem. Co znamienne, tylko tu Filosek śpiewa bez towarzystwa żeńskiego tercetu. Jest to też najkrótsze nagranie na płycie. Następne, „Sine Sono Doloris”, również nie powala swoją długością, bo trwa niespełna 3 minuty. Jest utrzymane w spokojnym tempie, z mistrzowskimi wstawkami Rutki. I znów pozorna lekkość, kłóci się z poważnym tematem, czyli zmaganiami z nietolerancją:

„Nie pamiętam dziś wielu chwil, dobrych ani złych

Zagubiłem gdzieś z twarzy śmiech, pusto wokół mnie

Dla nas płonął świat, cudny czas, zniknął w cieniu gwiazd

Nie wycieram już szminki z ust

 

Moje oczy są jak ze szkła, nie poznają barw

Czy tęczowy strach karze wam, pięścią budzić gniew

Jestem taki sam tak jak wy, dobry ani zły

Zamiast bawić się boję się

 

Niewolność mam, ciągle tylko boję się”.

 

Następny utwór, „Piger”, przynosi sporo ożywienia, bas czaruje fantastycznym „groovem”, świetnie współgrając z perkusją, a duet Walczyk – Rutka zapewnia solidną dawkę melodyjności. Na wspomnianym koncercie w grudniu mogłem usłyszeć jeszcze nieukończoną wersję, bez gitary (Jelonek zagrał na basie), z fragmentami tekstu oraz bez chórków. A te udowadniają po raz kolejny, że ich nazwa, Swing Sisters, jest nieprzypadkowa. Całość powala swym swingowym charakterem oraz sporą dawką przebojowości, choć przypuszczam, że na miejsca w playlistach komercyjnych rozgłośni nagranie raczej nie ma co liczyć. A szkoda. Warstwie muzycznej towarzyszy tekst, w którym podmiot liryczny namawiany do wzięcia się w garść i walki z ogarniającym go lenistwem:

„Hej ty, czy ty wierzysz w sny?

W brudnym łóżku leżysz znów. Czy ty?

Czy ty żyjesz w nim?

Czy ty, tworzysz sny i żyjesz w nich?

 

Ile dni prześpisz jeszcze? Zanim dowiesz się dlaczego jesteś sam

Hej ty, otwórz oczy i

Spróbuj wstać i wypluj wstyd. Hej ty

Nie przestawaj żyć

Hej ty, znajdź odwagę otwórz drzwi”.

 

Cóż, po takiej dawce pozytywnej energii na pewno łatwiej podjąć się wyzwania jakim jest mierzenie się z codziennością…

Przedostatnia ścieżka przynosi jazzujący kawałek „Nihil”. To dość żywe nagranie ze swingującym klimatem i kolejnymi fantastycznymi popisami Rutki i Walczyka jest tłem dla słów o popadaniu w odrętwienie:

„Patrzę w drzwi, mógłbym wyjść

Lecz one tak rosną znów

Smutny ptak dziobie kurz

Na szybie jak zawsze brud

W sumie żal wielu dni

Tak zmarnowanych lat

Czuję jak rośnie strach

Już chyba tu nie chcę stać

 

Nie doczekam zmierzchu”.

 

I tak przechodzimy do wielkiego finału, jakim jest najbardziej rozbudowane nagranie, zatytułowane „Nebula”. Może nie jest to pół godziny, jak przy kompozycji „4th Dimension”, ale ponad 10 minut akustycznego grania też robi wielkie wrażenie. Ani przez chwilę nie nuży oferując zmiany klimatu, subtelny śpiew Filoska, z równie delikatnymi chórkami. Uwagę zwraca powracający motyw grany na saksofonie przez Rutkę. Mamy tu też partie solowe, wspomnianego saksofonisty, ale także Walczyka i Jelonka. Czuć atmosferę jazzowego klubu skąpanego w oparach dymu, w którym występuje świetnie zgrany team… Genialne zakończenie albumu!

„Coelum” to album inny niż pozostałe. I nie jest to tylko puste hasło reklamujące nowy longplay zespołu. To zdecydowanie najbardziej zaskakujące dokonanie grupy, nie tylko dlatego, że jest akustyczne. Taka formuła wymusiła pewne roszady jeśli chodzi punkty, na których skupia się największa uwaga. O ile rola Krzysztofa Walczyka pozostała bez zmian, to musiał zamienić on swoje syntezatory i Hammondy, na których grą czarował na płytach „MPD” i „4. wymiar”, na pianino. Efekt jest także piorunujący. Brak solówek na gitarze elektrycznej rekompensuje saksofon Mariusza Rutki, który w wielu miejscach bezsprzecznie wysuwa się na pierwszy plan. O ile na poprzednim wydawnictwie jego partie były uzupełnieniem brzmienia, tak tu stanowią jego główną podporę, nadając mu jazzową barwę. W niektórych miejscach główną rolę gra bezprogowy bas Romana Simińskiego. Jego charakterystyczne brzmienie idealnie sprawdza się w nagraniach „bez prądu”, choć sam instrument (jako jedyny, z tych które zostały wykorzystane na krążku) akustyczny nie jest. Pracę sekcji idealnie uzupełnia gra Bogdana Mikruta na perkusji i choć nie ma tu mowy o odrobinie szaleństwa, jaką było solo w nagraniu tytułowym z poprzedniej płyty, to jest niezwykle precyzyjna i stanowi solidną podstawę rytmiczną albumu. Sławomir Jelonek tym razem pozostał może nieco w cieniu, oddając część swojego kawałka tortu z oznaczeniem „popisy solowe” Rutce. Choć kilkukrotnie i on wysuwa się na pierwszy plan prezentując swoje wirtuozerskie umiejętności w grze na gitarze akustycznej. A do tego zadebiutował jako wokalista, wspomagając głosowo Filoska w „Lilith”. No i skoro już wywołaliśmy wokalistę do tablicy, to także poświęcę mu kilka zdań. Jego charakterystyczny śpiew to znak rozpoznawczy zespołu. Wraz z niezwykle poetyckimi tekstami stanowił silny punkt każdego wydawnictwa formacji. I nie inaczej jest tym razem. Jego nietuzinkowe liryki opowiadają o demonach drzemiących w nas, stąd też taki a nie inny wygląd ma okładka. Niebo mało niebiańskie, a anioły też jakieś inne… Na drugim dysku Filosek śpiewa po angielsku przetłumaczone przez Adama M. Zadrę teksty i zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najlepsza anglojęzyczna wersja ze wszystkich płyt grupy. Jego głos sprawdza się doskonale w nagraniach studyjnych, ale prawdziwą moc prezentuje na koncertach, o czym mogła przekonać się choćby publiczność zgromadzona w MDK „Kazimierz” w Sosnowcu 2 kwietnia, która uczestniczyła w koncercie w ramach Spring Prog Festival 2022, podczas którego odbyła się premiera płyty. W odróżnieniu od albumu „4. wymiar”, który zespół opublikował samodzielnie, tym razem zdecydował się na współpracę z Prog Metal Rock Promotion. Debiut nagraniowy w nowych barwach wypadł naprawdę okazale, zarówno od strony wykonawczej, jak i wydawniczej.

Zespół, którego historia sięga lat 80. ubiegłego stulecia, potrafi stale czymś zaskakiwać, nie osiadł na laurach, intryguje, zdumiewa, zachwyca lub złości, ale nie pozostawia obojętnym. ProAge w swej akustycznej odsłonie prezentuje się niezwykle ciekawie i trzeba się cieszyć nagraniami w tym klimacie, bo następny album będzie na pewno całkiem inny, ponownie nieoczywisty. A póki co włączam kolejny raz „Coelum”, bo to naprawdę doskonała pozycja!

Panowie Filosek, Walczyk, Jelonek, Simiński, Rutka i Mikrut, czapki z głów!

MLWZ album na 15-lecie