Porcupine Tree - Signify

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - Signify

Rodzisz się. Żyjesz. Umierasz. Zostaw po sobie znak.

Przygotowując materiał na czwarty długogrający album Porcupine Tree, Steven Wilson postanowił zmierzyć się z lękami dotyczącymi przesłania własnej egzystencji, z obsesyjną potrzebą przeżycia otrzymanego czasu w jak najbardziej znaczący sposób. Dziś, gdy podziwiamy jako sympatycy jego talentu przebogaty katalog efektów ponad trzydziestoletniej pracy artystycznej, nie możemy mieć wątpliwości, że dylematy związane z pomysłami na pozostawienie po sobie wymiernego świadectwa Wilsona dotyczyć nie będą. Ba, już podczas prac nad czwartą płytą jego dotychczasowa artystyczna spuścizna była całkiem szeroka i wartościowa, poza katalogiem małych i dużych płyt Porcupine Tree na jego dyskografię składały się już trzy longplaye i cała masa singli No-Man. Niemniej, to właśnie wydany w 1996 roku album wręcz musiał uspokoić jego fobie i artystycznie zaspokoić – „Signify” to dzieło ze wszech miar udane, jedna z wizytówkowych płyt tak Porcupine Tree, jak i Wilsona w ogóle.

To jednak dobre miejsce, by oddać sprawiedliwość i złożyć dowody uznania artystom, którzy od tej pory na dobre towarzyszyli już Wilsonowi w cementowaniu jeżozwierzowej marki, tak udziałem własnym jako wykonawców, jak i partycypacją kompozytorską. Chociaż sygnały konstytuowania się Porcupine Tree jako zespołu pojawiały się już wcześniej, to na „Signify” egzekwuje się po raz pierwszy prawdziwy teamwork. Odtąd wszelkie pomysły kierującego formacją wymagają aprobaty, a i współczłonkowie, a więc Richard Barbieri, Colin Edwin oraz Chris Maitland dają coś od siebie w sensie kompozycyjnym, sprawiając, że dzieło staje się świadectwem pracy twórczej już nie tylko samego spiritus movens.

Praca w stałym gronie partnerów oraz wprawa nabyta dzięki wcześniejszym publikacjom postawiły Wilsona i Porcupine Tree w sytuacji, w której, mimo tworzenia płyty nieco „na raty”, udało się wypracować satysfakcjonujący balans artystycznych metod i koncepcji, pozornie kłócących się ze sobą. Po doświadczeniach albumu precyzyjnie szufladkującego estetykę zespołu tak przez krytykę jak i publiczność, „Signify” powstała jako pierwszy naprawdę uniwersalny album, łączący wysmakowaną muzykę instrumentalną, z wrażliwością piosenkową, inteligentnie i stylowo podaną.

W tej znakomitej syntezie przepisem na sukces wydaje się być poszerzenie wykorzystywanych już wcześniej patentów o pierwiastek współtworzenia, słowem – to, co wykreowane i zaprezentowane przez Wilsona w pojedynkę byłoby z pewnością wciąż interesujące, ale wkład jego towarzyszy wyniósł jego ogólną koncepcję na nowy, do tej pory nieosiągalny poziom. Instrumentalne sekwencje wyrastają znów z podobnych źródeł, gdzie hasła psychodelia, ambient, elektronika i prog rock są pierwszymi skojarzeniami, a jednak efekt ma już nową jakość. Pulsujący, progresywny w założeniu „Idiot Prayer” wyraźnie zdominowany jest autorską linią basu Edwina, ambientowa impresja „Light Mass Prayers” to w rzeczywistości zręczna gra zmultiplikowanymi wokalizami Chrisa Maitlanda, a instrumentalna koda „Every Home Is Wired”, jakkolwiek spacerockowa, nie brzmiałaby tak samo gdyby na tle Wilsonowskich zabaw z gitarą zabrakło dialogu zdelayowanych bębnów z solo na kontrabasie. I wreszcie tytułowy „Signify”, pierwotnie zaplanowany przez Wilsona jako krautrockowy hołd złożony muzyce zespołu Neu!, dzięki wkładowi pozostałych członków Porcupine Tree przerodził się w gitarowy koncertowy kiler.

Wśród kompozycji śpiewanych również sporo się dzieje. „Sever”, jako psychodeliczna, kakofoniczna piosenka o beatlesowskim niemal refrenie, brzmi bardzo nowocześnie i świeżo. Sygnalizowane już niegdyś skłonności do działania harmoniami wokalnymi wreszcie spełniają się we wspomnianym „Every Home Is Wired”, natomiast singlowy „Waiting”, scalający tak inspiracje singer-songwriterskie Wilsona, jak i jego czysto poprockowe inklinacje , w kontekście zespołowym wydaje się mieć wszystko, by móc stać się prawdziwym przebojem – ze świetnym, śpiewanym w duecie z Maitlandem refrenem i bardzo sugestywną liną gitary. Co znamienne, nawet przy tak piosenkowym potencjale, kompozycja ta świetnie wpisuje się w kontekst całości, zwłaszcza że jej instrumentalny odpowiednik następujący zaraz potem, zręcznie ją równoważy.

Na zwartość albumu, na jej świetne zbalansowanie w sensie dynamicznym, kompozycyjnym i nastrojowym, zdecydowanie wpłynęło wpisanie jej w określony koncept. Wilson, od początku kariery kontrolujący właściwą korespondencję muzyki, obrazu i słowa cechujących album jako całość, na „Signify” w tym kontekście dał upust pewnym osobistym mrocznym zamysłom. Fascynacja zjawiskami nadprzyrodzonymi, która będzie w przyszłości mocno rzutowała na pierwsze albumy solowe artysty, już tutaj silnie daje o sobie znać. Samo spojrzenie na zdobiące album fotografie Johna Blackforda, może przyprawiać o dreszcze. Świetnie z tym upiornym nastrojem korespondują przeróżne foniczne zabiegi, wyrażające się albo w specyficznych układach akordów, albo w działaniu detalami – odpowiednio wpisany w aranż melotron, akustyczna gitara czy nawet grające pozytywki potrafią skutecznie wywołać niepokojący nastrój.

W ów niepokój znakomicie wpisuje się ponura atmosfera tekstów na albumie, które odzwierciedlają wspomniane fobie, sugestywnie ilustrując marazm związany z marnotrawieniem życia. Wilson, który dopiero na poprzedniej płycie stał się jedynym tekściarzem utworów Porcupine Tree, dotąd komentował rzeczywistość sporadycznie (antywojenne „Radioactive Toy” i „Synesthesia”). Na „Signify” zaś rozpoczął traktowanie słowa współdziałającego z muzyką jako medium całkiem poważnych refleksji oraz tematów, które odtąd będą towarzyszyły jego pisaniu już na stałe. Jest o autodestrukcji („Waiting”), o wpływie Internetu na relacje międzyludzkie („Every Home Is Wired”), temat fanatyzmu religijnego zaś przewija się tak między wierszami, jak i dzięki chętnie wplatanym samplom szalonych kaznodziejów w ekstatycznych monologach, te zaś intensyfikują jeszcze niespokojną atmosferę kreowaną za pomocą czysto muzycznych środków.

Jak na wielkie albumy przystało, „Signify” wieńczy prawdziwy grande finale. „Dark Matter” w swojej warstwie lirycznej stanowi wprost wykładnię frapującego Wilsona zagadnienia jako motywu przewodniego albumu – desperackich prób pozostawienia po sobie znaku na ziemskim padole. Muzycznie jest to właśnie jedna z najbardziej znaczących i pamiętnych kompozycji grupy, nadzwyczajna balladowa koda, po której właściwie trudno byłoby beznamiętnie odwrócić myśl w innym kierunku czy nawet od razu zagrać cokolwiek innego. Ale tak zaprojektowano ten album, aby pojawiający się po trzydziestu sekundach cytat z… reklamy piwa ziemniaczanego mógł skutecznie ową euforię odbiorcy zdławić.

W tak niezwykły sposób kończy się cała płyta, kończy się zresztą i pewna epoka w historii zespołu. Chociaż jego skład się ugruntował, albo może właśnie z tego powodu, następny studyjny album, (poprzedzony wyśmienitym koncertowym „Coma Divine”), miał przynieść zgoła inny nastrój, odmienne doznania, nową muzykę. „Signify”, trochę na przekór swoim mrocznym nastrojom i nie najweselszym refleksjom, z czysto muzycznego punktu widzenia stał się jednym z najbardziej uniwersalnych, wizytówkowych i symptomatycznych dokonań w dyskografii Porcupine Tree. To płyta w swojej uniwersalności zupełnie bez przesady mogąca przywoływać na myśl wykoncypowane w podobny sposób klasyki, z „The Dark Side Of The Moon” na czele, łączące niecodzienne i niekomercyjne dźwięki z atrakcyjnością i wdziękiem piosenki. „Signify” w istocie jest muzycznym pomnikiem, trwalszym niż ze spiżu.

MLWZ album na 15-lecie