Nanaue - 28IF

Artur Chachlowski, Nanaue - 28IF

Nanaue to nazwa zespołu, tytuł jego pierwszego albumu, a także tytuł pochodzącej z niego piosenki. Każde określenie sprowadza się do jednego: swoboda tworzenia, kreatywność, pasja związana z opowiadaniem historii, idealne połączenie inspiracji, pracy i eksperymentowania.

To wszystko przyświeca dwóm muzykom. Matteo Nahum i Emiliano Deferrari to Włosi. Nahum mieszka w Hiszpanii, ma spore doświadczenie w komponowaniu muzyki filmowej i telewizyjnej i jest absolwentem Berklee, podczas gdy Deferrari mieszka obecnie w Belgii i często koncertuje solo wykorzystując jedynie swój głos wzbogacony elektronicznymi loopami. Obaj to multiinstrumentaliści, pracoholicy i perfekcjoniści. Zawiązali swój projekt mając na koncie bagaż bogatych doświadczeń. Obaj mają za sobą liczne solowe przedsięwzięcia, sporo artystycznych kolaboracji, stricte muzycznych i to w tak różnych obszarach, jak jazz, prog, singer/songwriting, muzyka klezmerska, ale także związanych z tańcem, teatrem, przemysłem filmowym, performansami i sztuką wizualną.

Od 2013 roku pod szyldem Nanaue publikują bardziej tradycyjne piosenki. Rockowe, poprockowe i mocno zahaczające o artrockowe poletko. 9 lat temu wydali pierwszy album, którego, przyznam szczerze, nigdy go nie słuchałem. Teraz nakładem wytwórni Rattsburg Records, której obaj są współwłaścicielami, ukazuje się nowa płyta enigmatycznie zatytułowana „28IF”. I o niej Wam dzisiaj opowiem.

Matteo i Emiliano działają w duecie. Wspólnie komponują, piszą angielskojęzyczne teksty, nagrywają, aranżują, miksują i produkują swoją muzykę. Ale w studiu otaczają się wianuszkiem zdolnych muzyków. Tak jest w przypadku płyty „28IF”, na której możemy usłyszeć instrumentalistów grających m.in. na perkusji, fagocie, skrzypcach, wiolonczeli, flecie, rożku angielskim, saksofonach, klarnecie, kontrabasie i oboju. Nagrań dokonano w Genui, Rzymie, Cagliari, Tortonie oraz w Walencji i Brukseli. Album ukazuje się w stylowym digipackowym opakowaniu, z grubą książeczką z tekstami oraz efektowną okładką autorstwa Geerta De Taeye. A wewnątrz srebrny krążek z 13 utworami i blisko 55 minutami muzyki…

Nanaue nie boją się mieszać wpływów, inspiracji oraz swoich muzycznych fascynacji. Otwierający płytę utwór „Summwhere” zaczyna płytę z wysokiego C i od razu wprowadza rozpędzony, niezwykle efektowny jazzowo-rockowy groove. Podobny klimat powróci później jeszcze w kilku miejscach na tym albumie, m.in. w utworze „Confident Boy”, który zawieszony jest w stylistyce subtelnego funku i zwieńczony jest żywiołową gitarową solówką Deferrariego. Nietypowy rock‘n’rollowy numer „Che Boludo” (ciekawostka: zaśpiewany jest po hiszpańsku) może naprawdę szokować i bardziej pasowałby do dyskotekowych klimatów a’la lata 70. niż na tę ambitną płytę z muzyką trzeciej dekady XXI wieku.

Na płycie przeważają jednak bardziej tradycyjne piosenki. Oznaczony indeksem 2 „Sumac Said” to romantyczna, urocza i pięknie zaaranżowana ballada. A jest ich sporo na tym wydawnictwie. W wielu z nich słychać nawiązania do stylistyki spod znaku Czwórki z Liverpoolu. „Daybreak” to echo słodkich McCartneyowskich akustycznych ballad. „The Shortest Story”, którego melodia jest oparta na klasycznej sekcji kameralnych instrumentów, to kolejny ukłon w stronę The Beatles. Częste pomysły na aranżowanie kompozycji w oparciu o instrumenty dęte i smyczkowe nadaje niektórym utworom klimat muzyki kameralnej, czego najlepszym przykładem może być „Devil’s Lighter” z efektami aleatorycznymi zapożyczonymi jakby ze słynnego beatlesowskiego „A Day In The Life”, a w przypadku kilku innych utworów przysparza im bogatego, nasyconego jazzem rozmachu (jak w nagraniu „Lancashire”).

Płytę wieńczy kolejny romantyczny pean pt. „The Blind, The Deaf”. Mój zdecydowany faworyt i prawdziwie epicki numer oparty na patetycznej partii fortepianu, której towarzyszą dźwięki rockowej orkiestry. Wspaniała melodia, chwytający za serce tekst z odniesieniami do naszej codzienności, skomplikowanej doli współczesnego człowieka i wiary w potęgę niezłomnej wagi człowieczeństwa i przyjaźni. Wokal nie ten, ale utwór ten śmiało znalazłby sobie miejsce na każdej płycie grupy Procol Harum…

Po nim jeszcze tylko niespełna minutowy instrumentalny tytułowy kawałek muzyki i album dobiega końca. Z pozoru nic nadzwyczajnego, ale całej płyty słucha się naprawdę znakomicie…

MLWZ album na 15-lecie