Journey - Freedom

Artur Chachlowski, Journey - Freedom

Nie ukrywam, że bardzo czekałem na te płytę. Wszak minęło już ponad 10 lat od poprzedniego studyjnego krążka („Eclipse”, 2011), a od czasów największej świetności zespołu już ponad trzy dekady. Złakniony wypatrywałem nowych przebojowych kompozycji Journey i… doczekałem się. Nie rozczarowałem się ani trochę. Niechaj to stwierdzenie będzie tyleż lapidarną, co najkrótszą z możliwych recenzją nowego albumu zatytułowanego „Freedom”.

Ale oceny tak dobrego wydawnictwa nie można zamknąć w jednym zdaniu. Więc zaraz opowiem Wam o tym krążku nieco więcej. I uczynię to z prawdziwą radością, bo mam wrażenie, że już dawno nie bawiłem się tak dobrze przy słuchaniu nowej płyty z premierowym materiałem. Materiał to nowy, ale brzmi tak jakby składał się wyłącznie z klasycznych kawałków. Nie ma już w zespole wokalisty Steve’a Perry, piętnaście lat temu zastąpił go Filipińczyk Arnel Pineda i powiedzieć, że jego głos jest podobny w swojej barwie i ekspresji do Perry’ego, to jakby nic nie powiedzieć. Klon? To chyba wciąż za mało. Po prostu cały czs odnosi się wrażenie, że w zespole śpiewa ten sam głos co zawsze. Tym bardziej, że duch melodyjnego rocka i klimat utworów „Don’t Stop Believin’”, „Faithfully” czy „Wheel In The Sky” przez cały czas unosi się w powietrzu.

Już otwierający album utwór „Together We Run” brzmi tak, że wiadomo, że Journey znajduje się w wybornej formie. Klawisze Jonathana Caina (na płycie gra jeszcze drugi, wspierający Jonathana klawiszowiec, Jason Derlatka), melodyjne gitarowe solo Neala Schona i głos Pinedy prezentują się znakomicie i nawiązują do najlepszych czasów zespołu. Wrażenie to potęguje singlowy utwór „Don’t Give Up On Us”. To nic, że klawiszowe akordy nawiązują wyraźnie do wielkiego przeboju „Separate Ways”, to nic że całe nagranie brzmi jak klasyk zespołu z lat 80. Journey jest po prostu w wybornej formie.

Fajny, delikatnie jazzujący klimat przewija się w nagraniu „Still Believe In Love”, które demonstruje, że Journey to nadal prawdziwi mistrzowie słodkiej ballady. Zresztą to nie koniec chwytających za serce melodyjnych wyciskaczy łez - „Live To Love Again”, „After Glow” czy epicko brzmiący finałowy „Beautiful As You Are” to kolejne momenty, przy których robi się miękko na sercu. Wszystkie one zawierają przyjemne dźwięki fortepianu, delikatne tempa utrzymane w łagodnym rytmie, piękne partie wokalne zaśpiewane aksamitnie miękkim głosem przez Pinedę oraz wulkaniczne solówki w wykonaniu Schona.

Ale jak potrzeba, to Journey potrafi też mocno przyłożyć, jak przed laty. Podobać może się umieszczony w połowie płyty rockowy kawałek „The Way We Used To Be” (opublikowany już rok temu na pierwszym singlu zwiastującym pojawienie się nowego albumu), fajnie napędzany jest tutaj rytm, a Neal Schon dostarcza sporo soczystych bluesowych riffów. Bardzo chwytliwe są znane już z kolejnych singli kawałki „You Got The Best Of Me oraz „Let It Rain”. Kolejną atrakcją jest dudniący od masywnej linii basu (powracający do zespołu Randy Jackson) i potężnych uderzeń bębnów (nowy perkusista, Narada Michael Walden) „All Day And All Night”. Bardzo zgrabnie wypada nagranie „Don’t Go”, niezwykle miła melodia refrenu przewija się w „United We Stand”, a w pamięć momentalnie zapada melodyjny „Life Rolls On”…

Grupa Journey nagrała prawdopodobnie najbardziej przewidywalną płytę w swojej karierze. A przy tym dokładnie taką, na jaką czekali długoletni fani zespołu. To znak prawdziwej wolności artystycznej i pełnej niezależności, jaką doświadczył ten znakomity zespół. Nie ma tutaj wielkich niespodzianek (poza wciąż wysokim poziomem, na jakim utrzymana jest cała płyta), ale jest za to mnóstwo radosnych dla ucha momentów. W postaci albumu „Freedom” otrzymaliśmy mieszankę wszelkich typowych elementów dla brzmienia zespołu, co podkreśla znakomity występ wszystkich instrumentalistów oraz śpiew Arnela Pinedy. Dzięki temu muzyka na „Freedom” jest niezwykle przyjazna dla uszu, płynna i niesamowicie łatwa do przyswojenia. To bardzo solidne wydawnictwo. Podoba mi się. I to bardzo. Już dawno nie ucieszył mnie album, który trwa tak długo (74 minut), a pośród 15 wypełniających go utworów każdy ma znamiona potencjalnego przeboju (prawie każdy, bo moim zdaniem bez dwóch wypełniaczy „Come Away With Me” i „Holdin’ On” ta płyta byłaby odrobinę lepsza). Mamy ewidentnie pierwszy prawdziwy rockowy hit tego lata.

Zespół Journey, pomimo upływających szybko lat, powrócił w wielkim stylu i niebawem rozpocznie wielką trasę koncertową. Warto jednak wspomnieć o personalnych i zdrowotnych perturbacjach, jakie - z wiadomych względów – niestety nie ominęły zespołu. Jeszcze w lipcu 2021 roku, w świetle choroby serca Narady Michaela Waldena, Neal Schon potwierdził, że Deen Castronovo, który działał już wcześniej w zespole, ponownie dołączył do grupy jako drugi perkusista (oraz wokalista w utworze „After Glow”). W międzyczasie operację kręgosłupa musiał przejść basista Randy Jackson, którego zastąpił najpierw Marco Mendoza (Mendoza wcześniej grał z Schonem i Castronovo w formacji Journey Through Time Neala Schona), a potem Todd Jensen, który wcześniej też występował z Schonem i Castronovo, w zespole Hardline. Tak więc, Walden oraz Jackson w zespole nie zagrzali długo miejsca (obaj pojawili się w składzie w połowie 2020 roku po procesie sądowym, w którym Neal Schon oskarżał dwóch poprzednich członków zespołu tworzących sekcję rytmiczną Rossa Valory’ego i Steve’a Smitha o „próbę korporacyjnego zamachu stanu”, domagając się odszkodowania w wysokości 10 milionów dolarów za próbę przejęcia kontroli nad firmą reprezentującą interesy grupy Journey), niemniej ich nazwiska pojawiają się na liście plac albumu „Freedom”, gdyż ich partie zarejestrowane zostały znacznie wcześniej.

MLWZ album na 15-lecie