Marillion - Anoraknophobia

Olga Walkiewicz, Marillion - Anoraknophobia

„Anoraknophobia” – ten przedziwny tytuł ukrywa w sobie symbolikę, nawiązującą do kulis powstania dwunastego albumu grupy Marillion. „Anorak” w brytyjskim slangu oznacza obsesyjnego fana, osobę, której fanatyzm miażdży wszelkie granice, dla której nie ma przeszkód, aby urzeczywistnić swoje plany, doprowadzić misję do końca, zrealizować marzenia czy wprowadzić w życie ideę. Jest tu jednak jeszcze część wyrazu oznaczająca strach. Lęk i niepewność. Ale czy można wątpić w prawdziwą miłość do muzyki? Nigdy. To dzięki ponad dwunastu tysiącom zagorzałych wielbicieli grupy powstał ten album, został wydany na srebrnym krążku i w 2001 roku trafił w ich dłonie. Wierzyli w Marillion do tego stopnia, że zapłacili za płytę, której fizycznie jeszcze nie było. Ale dzięki temu mogła ukazać się, ujrzeć światło dzienne i być nagrodą za ich zaufanie.

Album, jaki był przeznaczony dla fanów, którzy go zamówili przed produkcją był dwudyskowy. Dodatkową formą podziękowania dla osób, które wsparły finansowo zespół przed określoną datą, było wydrukowanie ich nazwiska na okładce ich własnej płyty. Genialny pomysł, posunięcie, które zakończyło się sukcesem. To była chwila niezmiernie ważna dla zespołu. Po takim dowodzie wierności fanów poprzeczka była znacznie wyżej niż zwykle i trzeba było stanąć twarzą do słońca i schwytać je w dłonie za pierwszym podejściem. Strącić z nieba i łamiąc na kawałki, niczym słodką czekoladę, włożyć okruch po okruchu w każdą nutę i frazę, dodać promień słońca do piosenek tworzących ten album.

Bardzo ciepło odbieram „Anoraknophobię”. Jest jak najlepszy antydepresant. Nie chcę jej porównywać do tych płyt, które nagrano z Fishem. To dwa różne światy i nie można ich mieszać lub zestawiać ze sobą. Marillion ma barwną dyskografię - wszystko się zmienia, tak jak świat wokół nas, jak my sami. Rok 2001 był próbą sił dla zespołu, pojedynkiem z oczekiwaniami fanów, walką, by istnieć nadal na rozkładówkach muzycznych billboardów i zachować swoją niepowtarzalną tożsamość. Bardzo trudno jest pracować pod presją, zmagać się ze świadomością, że wszyscy oczekują poziomu „Brave” czy „Afraid Of Sunlight”. Gdy album ukazał się na rynku fonograficznym napięcie wreszcie opadło, nastały chwile spokoju i zadowolenia. Nareszcie, stało się. Coś niefrasobliwego jest w tej płycie. Nawet okładka Carla Glovera jest pełna optymistycznego przekazu - postać o imieniu Berry w dziewięciu ujęciach, przyodziana w różnobarwne skafanderki.

Album otwiera utwór „Between You And Me”. Po spokojnym fortepianowym intro muzyka wybucha fajerwerkami ciepłych barw, jest jak karuzela w lunaparku, mknie przed siebie w girlandach świateł trzepocąc powiewnymi sukniami roześmianych dziewcząt. Lekkość tej kompozycji, optymizm i wszechobecna radość potrafią wywołać uśmiech na każdej twarzy. Głos Steve’a Hogartha jest pełen miękkości, dużo tu pozytywnej energii i klimatu lat 60. To taki chwilowy ukłon w stronę „A Hard Day’s Night” The Beatles.

Nagranie „Quartz” rozpoczyna się bardzo ciekawą, połamaną linią basu, wprowadzającą nas w takty spokojnej, klimatycznej piosenki z takim też wokalem. Lecz nie oczekujmy, że nic nas nie zaskoczy. Rapujący dzielnie Steve Hogarth i to szalone przejście do „oazy łagodności” z finezyjną gitarą Rothery’ego potrafi wyrwać nie tylko z fotela, nawet filcowych kapci!. I takie eksperymenty lubię. Świeże podejście do brzmienia, efektowna linia basu, rap kontrastujący z tanecznym rytmem, niebanalny tekst o dwóch osobach będących przeciwieństwem (zegar i kwarc). Tak, ten utwór może się podobać.

„Map Of The World” to piosenka rockowa ze stylistyką, jaką Marillion reprezentował już na albumie „This Strange Engine”. Melodyjny refren z pięknymi, wysokimi partiami Hogartha, wiolonczela zagubiona w tle, gitary - to wszystko stanowi o ogromnym uroku tej kompozycji.

„When I Meet God” to przede wszystkim szemrząca gitara współgrająca z basem, łkająca namiętnie wiolonczela, Hammondy dające posmak klimatów Procol Harum, do tego szczypta brzmień a’la Moby. Może jest to stylistyczny melanż, ale bardzo ekscytujący, pełen melancholii ze wzruszającym wokalem i przejmującym tekstem o roli Boga w trudnych chwilach ludzkiego życia. Jest to jeden z najlepszych utworów na płycie.

Kołysząco-jazzowa aura w „The Fruit of the Wild Rose” przechodzi w efektowny refren mieniący się przejrzystym głosem Hogartha. Końcówka przemienia się w filmowy soundtrack pachnący prerią.

„Separated One” nie skąpi atrakcji. Otaczają nas odgłosy lunaparku, radosny gwar rozmów, szepty iluzjonistów. Sample mieszają się z muzyką, organy Hammonda z rozkołataną perkusją, słowa z krzykiem.

Kolejny mój absolutny ulubieniec to „This Is The 21th Century” - jedenastominutowa kompozycja, przepiękna jak lot motyla. Niczym mgła o poranku i miłość na końcu świata. Tekst jest prawdziwy, bolesny jak życie widziane w krzywym zwierciadle, pełen emocji i żaru: „...There’s a man up in a mirrored building and he just bought the world. Would you want your own kids growing up into what’s left of this? She shook her head , she said: Can’t you see the world is you, the world is me?”

Zakończenie albumu to utwór „If My Heart Were A Ball It Would Roll Uphill” z chaotyczną, jazzową perkusją, improwizacjami gitary i zakręconym śpiewem Hogartha. Kakofonia miesza się z wokalem, brzmienie instrumentów z szumem rozmów, a wszystko to po to, by odpłynąć w chłodną dal niebytu, odjechać w ostatnim wagonie pociągu z zamkniętymi oczami…

„Anoraknophobia” to album pełen kontrastów, któremu nie sposób się oprzeć. Muzycy są na nim w znakomitej formie. Nawet to, co z pozoru mogłoby odstraszyć, chociażby rap – wydaje się niezbędne i bardzo interesujące. I zawsze można odkryć w tych dźwiękach coś nowego, czego nie słyszeliśmy wcześniej. Dlatego tak dobrze wraca się do tej płyty po latach…

MLWZ album na 15-lecie