Aragon - Don't Bring The Rain

Olga Walkiewicz, Aragon - Don't Bring The Rain

Australia to jedyny w swoim rodzaju kontynent świata. Niczego co z niej pochodzi nie wolno lekceważyć. Jeśli zobaczycie węża - to będzie najjadowitszy w świecie, chociażby tajpan pustynny. Amatorzy morskich kąpieli też powinni mieć się na baczności - osa morska, meduza Irukandji, sto osiemdziesiąt gatunków rekinów, w tym żarłacz biały, krokodyl różańcowy - to lista zabójców, którą można ciągnąć w nieskończoność. Największą roślinę znaleziono w Australii - w Zatoce Rekina, jest to odmiana trawy morskiej - Posidonia australis. W muzyce też trzeba Australijczyków traktować bardzo poważnie. Aborygeni nadal zachwycają potęgą brzmienia didgeridoo, które są najstarszymi instrumentami świata. Z Antypodów pochodzą legendy hard rocka, jak AC/DC, Midnight Oil czy INXS. To samo dotyczy muzyki neoprogresywnej. I tu się troszkę zatrzymam...

Mamy rok 1987. W parującym upałem Melbourne spotyka się czterech muzyków i zakładają zespół będący ważnym elementem muzycznej układanki - Aragon. Wiadomo, że Terra Australis Incognita – to narodowościowa wieża Babel, dlatego nie jest niczym dziwnym, że członkowie zespołu pochodzą z różnych stron świata. Wokalista Les Dougan ze Szkocji, gitarzysta John Poloyannis z Grecji, Tom Behrsing, który gra na instrumentach klawiszowych, z Niemiec, a perkusista - Tony Italia z Włoch. Ich debiut fonograficzny to album „Don’t Bring The Rain”. Partie basu nagrał na płycie Rob Bacon. A odbyło się to wszystko w Secret Sound Studios w Melbourne. Płyta została wydana w 1988 roku w Australii, a dwa lata później w Europie. Trzeba przyznać, że jak na debiut, to panowie z Aragon poszybowali bardzo wysoko. Niezmiernie miłe są takie początki. Mają w sobie młodzieńczy zapał i radosny idealizm. Są nieskażeni komercją i rutyną. Ich debiutancki album to pozbawione lęku studium dojrzałości artystycznej od samego startu. Od furtki z napisem „wejście do świata sztuki”.

„Don’t Bring The Rain” ma w sobie klimat i niezaprzeczalny urok. Album nie jest konceptem. Jest zbiorem utworów o kontrastujących ze sobą barwach i zmieniającym się przekazie lirycznym. Tak jest już od samego początku. Szafranowe brzmienie gitary otwierające utwór „For Your Eyes” jest jak pokusa. Puls zakradający się w strukturę basu i perkusji przynosi emocje, scala się z ‘marillionowym’ wokalem Lesa Dougana, pełnym dramatyzmu i teatralnego blichtru. Często przebija maniera, jaką posiada w swoim głosie Geddy Lee, by powrócić do prawdziwego, osobistego feelingu wokalisty Aragon. Chwilowe zwolnienia tempa, które dodaje pikanterii i tworzy aurę dla rockowego refrenu.

Ponad dziewięciominutowy „Company Of Wolves” to kompozycja zbudowana z dwóch części Pierwsza z nich, „Under The Hunters Moon”, rozpoczyna się odgłosem strumienia, który porywa klawiszowe pasaże i szmer perkusji. Instrumentalne tchnienie splecione z powiewem natury. Kompozycja ta ma wybitnie baśniowy charakter. Jest ilustracją z odgłosem wilków w tle oraz kontrastującą ciężką linią basu. Druga jej część, „In Company Of Wolves”, przypomina scenę z dziecięcego, niespokojnego snu. Na subtelne klawiszowe akordy nakładają się dudniące bębny, które potęgują rosnącą atmosferę czającego się w mroku niebezpieczeństwa. Wokal Lesa przypominający do złudzenia Fisha, ma w sobie ekspresję i siłę. Dougan posiada ten sam sceniczny pierwiastek przesiąknięty tajemniczością i mocą tworzenia dramatycznej, widowiskowej atmosfery, jaką mieli w początkach swojej kariery Peter Gabriel, Derek William Dick czy Peter Nicholls.

„The Cradle” jest oazą spokoju, łzą na wietrze, kroplą spływającą po policzku, nutą samotności. Wspaniały tekst chwytający za serce: „Lost again beyond the boundaties of my fears… Solitude my only friend… Shadows run and hide. There is no room for strangers here. I feel the stormclouds gather round. Oh, don’t bring the rain… ghosts within the heart. Remain when time turns over...”. A do tego zwarty rytm i porywający refren. To prawdziwa perełka na tej płycie.

„Solstice” zaskakuje zmianą aury, soczystością barw, wielowarstwowością ścieżek poszczególnych instrumentów i wysmakowaną głębią, która uwypukla swoiste piękno tej kompozycji. Klawiszowe opowieści w stylu Tony’ego Banksa, niezła gitarowa solówka i wokal wplatający się pomiędzy dźwięki – wszystko to niezmiernie przykuwa uwagę sluchacza.

„Cry Out” to kolejny ukłon w stronę progresywnej wielowątkowej budowy z doskonałą linią wokalną, która pnie się niczym łodyga zaczarowanej fasoli, porywając za sobą sieć tkaną przez poszczególne instrumenty.

„Gabrielle” to z kolei przepiękna, krótka ballada, w której główna rola należy do Lesa i koronkowej, akustycznej gitary. Niezmiernie efektowna to pieśń, budząca namiętność i drżenie serca.

Skoro Aragon pretenduje do miana progresywnej ikony gatunku rodem z Australii, to nie mogło tu zabraknąć epickiej, rozbudowanej kompozycji. Jest nią trwający ponad kwadrans dwuczęściowy „Crucifixion”. Lubię takie muzyczne monumenty. Najczęściej pojawiają się na zakończenie, niczym wisienka na torcie. To suita przenosząca nas do krainy tysiąca smaków i zapachów, gdzie dania serwuje się ze splendorem i dbałością o formę. To teatr pełen aktorów - instrumentów, w którym każda rola jest przemyślana, we wszystkie dialogi wtopiono uczucie, a sentencja głównego bohatera jest wiążąca. Wszystko to w głębokiej harmonii, choć nie pozbawione elementu zaskoczenia - iskierki solówki, drżenia poruszonego przez perkusistę talerza czy nagłego i niespokojnego gitarowego riffu. Kunsztowna jest konstrukcja brzmieniowa i ciekawa liryka, głos Lesa Dougana pełen jest wrażliwości, a uwodzący blask gitary, klawiszowe odloty i bas współgrający z pulsem narzucanym przez perkusję – to prawdziwe wyróżniki tej przewspaniałej kompozycji. Pojawia się tutaj niesamowicie efektowne gitarowe solo. Przejmujące i chwytające za serce. Jego rytm nadaje życie tej kompozycji, jest jak jej bijące serce.

Na zakończenie płyty zespół zamieścił jeszcze krótki temat „For Your Eyes (reprise)”, który jest sekwencją dźwięków z napisem „dobranoc”. Pożegnaniem. Białą chusteczką niknącą w oddali…

To niezwykle ciekawy i wartościowy album. Pozostaje w głowie na bardzo długo, a w sercu - kto wie, może nawet na zawsze?...

MLWZ album na 15-lecie