Marillion - Fugazi

Olga Walkiewicz, Marillion - Fugazi

„Fugazi” była pierwszą płytą Marillion, z którą się zetknęłam, dlatego nie miałam możliwości żeby porównywać ją do fantastycznego „Script For A Jester’s Tear”. Byłam wolna od skojarzeń, umieszczania jej na określonym podium w rankingu płyt zespołu, presji, jaką jest zestawienie z arcydziełem, którym jest ich pierwszy album. Oczywiście „cofnięcie się w czasie” i poznanie tak fenomenalnego debiutu było nieuniknione. Zapewne wtedy napisałabym tę recenzję inaczej. Chociaż do dziś pamiętam tę chwilę. Mój zachwyt i myśl, która rozsadzała skronie niczym krzyk nowo narodzonego dziecka: „...muzyka Marillion to potęga...”.

Był rok 1984 - rok wielkich przemian, niesamowitych muzycznych odkryć, nowych fascynujących doświadczeń w krainie, gdzie ścieżki są wyścielone kobiercami z nut, zamiast liści. Minęło trochę czasu i muzyka zespołu powróciła do mnie ze zdwojoną siłą za sprawą Tomka Beksińskiego. To on otworzył moje serce w jedynej w swoim rodzaju wiwisekcji, zagłębiając w nie fragmenty poezji zastygłe w krysztale dźwięku niczym okruchy zwierciadła. Jeden po drugim. Na zawsze. „Fugazi” też znalazło się w moim zbiorze „lustrzanych odłamków”, a płyty Marillion wywołały we mnie artystyczną rewolucję. Do dziś stanowią podwaliny świata, jaki stał się najpiękniejszym rodzajem muzycznej oazy i pasji.

Mamy Anno Domini 2022, minęło prawie czterdzieści lat od wydania płyty, lecz ma ona w sobie nadal tę niebywałą świeżość, siłę poruszającą najgłębsze pokłady emocji i ukryty czar. Siedem kompozycji - siedem drogocennych szafirów zamkniętych w szkatule czasu. Trzy kwadranse esencji tego, co w sztuce jest budulcem najtrwalszym: piękna i uczuć. Niezwyczajnego piękna - zdzierającego maskę codzienności, pokazującego zakamarki życia w innym ujęciu. Demaskującego prawdziwe oblicze rzeczywistości widzianej obiektywem kamery trzymanej przez Fisha. Jego teksty są bardzo ważnym elementem całości. Wyostrzają nasze zmysły, potęgują przekaz i rzeźbią w granicie dźwięków ornament zmysłowości i filozofii. Emocji i refleksji. Przeciwieństw kontrastujących ze sobą, lecz będących w równowadze. Muzyka jest drugim ogniwem, jest rzeką której nurt toruje sobie drogę przez różnorodność brzmień, form, stylistycznych płaszczyzn. Niesamowity zestaw instrumentalistów: Steve Rothery, Mark Kell, Pete Trewavas i Ian Mosley – skład, który uformował się wtedy i nieprzerwanie trwa aż do dzisiaj - jest niczym szwajcarski zegarek.

Album otwiera utwór „Assasing”. Jest tu dużo nawiązań do przeszłości Fisha i ludzi, z którymi się zetknął, jak Mick Pontier czy Diz Minnitt. Siebie opisuje jako „zabójcę”, którego narzędziem zbrodni jest „ostrze” ukryte w głosie: „I am the assasin, with tongue forged from eloquence. I am assasin, providing your nemesis…”. Taka jest rzeczywistość: broń „werbalna” potrafi zadać głębsze i bardziej bolesne rany, niż najostrzejszy sztylet. Przepiękny instrumentalny wstęp, lekko orientalizujący, z perfekcyjną gitarą i finezyjną perkusją przechodzi płynnie w zwrotkę. Fish to nie tylko wokalista i poeta. To aktor odgrywający kolejne akty sztuki w sposób sugestywny i magiczny. To wróg i zabójca w jednej postaci. To filozof i satyr zamknięty w jednym ciele. Magiczne brzmienie instrumentów, które są tu stalowym tunelem, przez który przemyka cień oprawcy odziany w słowa: „Unsheathe the blade within the voice, my friend...”.

W „Punch & Judy” pod młotek dostaje się instytucja małżeństwa – jego szara zwyczajność, nuda i rozgoryczenie, które towarzyszą tej wersji codzienności : „Now I vegetate with colour TV. Worst ever thing that ever happened to me...”. Pod względem muzycznym to najbardziej przebojowa kompozycja na płycie. Znakomita współpraca klawiszowego akompaniamentu zagranego w miękkim stacatto z gitarą. Świetna żonglerka pomiędzy teatralnym wokalem a linią melodyczną prowadzoną przez gitarę - cichnącą, przekazującą pałeczkę przewodnią klawiszom…

„Jigsaw” to absolutne arcydzieło. Mój ukochany utwór o paraliżującej sile. Jest jak kawałek duszy wyrwany z wrażliwego ludzkiego wnętrza przez uskrzydlone demony: „We are jigsaw pieces aligned on the perimeter edge. Interlocked through a missing piece. We are renaissance children becalmed beneath the Bridge of Sight...” - ten początek mówi wszystko. To jak podsumowanie istnienia dwojga ludzi w tłumie, rozstanie, zagubienie, samotność… Refren to apogeum marillionowego piękna po finezyjnym klawiszowym algorytmie zwrotek: „Stand straight, look me in the eye and say goodbye...”. A Steve Rothery balansuje swoją gitarą na granicy światła…

„Emerald Lies” nabiera mocy i większego rozpędu. Jakie tu są czarowne werble, ile tu tajemnic i zaczarowanego pyłu strząsanego ze strun gitary. Fish prowadzi grę słowną, niczym teatrzyk pełen wyrazów-marionetek, z których każda szepce innym głosem, śpiewa, płacze. Niesamowite zestawienie emocjonalności warstwy lirycznej z sensualnością muzyki: „Plundering your diaries, I’ll steal your thoughts innocence. Ravaging your letters, unearth your plots innocence...(…) In that tortured subtle manner inflict questions within questions. Looking in shades of green through shades of blue. I trust you trust in me to mistrust you...”.

„She Chameleon” - taka jest wersja kobiety według Fisha. Świetny tekst ubrany w satynowe szaty brzmienia kościelnych organów, na których gra Mark Kelly. „She crucified my heart in the depth of satin grave. As I lay in sweating monologue I sensed the love light fade...”. Ona – zmienna niczym kameleon, interesowna, bezwzględna i pełna kłamstw.

„Incubus” to piękne harmonie, zgrabnie otulone klawiszowym tłem. Dużo tu zmian tempa, stylistycznych wycieczek w klasyczne narracje fortepianowe i smakowitości serwowane przez Steve’a Rothery’ego z długim, jednym z najpiękniejszych w jego wykonaniu, gitarowym solo.

Tytułowy „Fugazi” to nawiązanie do wojny, „anonimowej śmierci” w imię polityki i walki o władzę. To ukazanie świata jako „szalonego tygla pełnego chaosu”, w którym nie liczy się życie jednostki. Ważniejsze są zasady, cele rządów, organizacji czy wielkich korporacji niż życie człowieka. I trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem; „Do you realise, this world is totally fugazi...”. Patetyczne zakończenie wyrasta niczym Koń Trojański pełen wojowników, którzy są już tylko duchami. Ciałami bohaterów w czarnych, plastikowych workach. Pustą łuską od naboju, nieśmiertelnikiem, którego nikt nie odnajdzie. Czasem prostota jest najdoskonalsza - fortepianowy, jednostajny akompaniament w symbiozie z głosem Fisha. Potem rozpoczyna się prawdziwa burza dźwięków – rydwany ciszy stają w płomieniach. Pojedynek wokalu z gitarą. Sekcja rytmiczna wyrywa wnętrzności, a klawisze układają się w czarno-białe miraże. Jak sen schizofrenika, jak obrazy wojny, jak zamęt… Fugazi…

I można już nie mieć więcej pytań, oprócz tego ostatniego, po którym nastąpi cisza: „Where are the prophets, where are the visionaires, where are the poets?...”.

MLWZ album na 15-lecie