Parsons, Alan - From The New World

Artur Chachlowski, Parsons, Alan - From The New World

Alan Parsons jakiś czas temu porzucił renomowany szyld ‘The Alan Parsons Project’ i od kilku lat wydaje swoje kolejne płyty wyłącznie pod swoim nazwiskiem (oprócz licznych koncertówek m.in. wydany trzy lata temu studyjny krążek „The Secret”. Uwaga! Na nowej płycie pod indeksem 3 znajdujemy tak samo zatytułowany premierowy utwór!). „From The New World” to kolejny wyjątkowy pod każdym względem, elektryzujący album Alana. Album w sam raz na tegoroczne wakacje. Pełen spokojnej, melodyjnej i bardzo dostojnej muzyki. Rzekłbym: szlachetnej muzyki.

Alan Parsons przedstawia nam 11 nowych utworów, w większości przeuroczych, melodyjnych, poprockowych piosenek. Zgromadził wokół siebie mnóstwo bardzo znanych artystów. Oprócz Alana jest aż ośmioro głównych wokalistów, m.in. Tommy Shaw z grupy Styx, który śpiewa w znanym już singlowym utworze „Uroboros” (i od razu powiem, że był to nieszczęśliwy wybór, gdyż moim skromnym zdaniem ta piosenka to najsłabszy punkt programu całej płyty), są tu też znani z wcześniejszej współpracy z naszym głównym bohaterem P.J. Olsson i Todd Cooper, w nagraniu „I Won’t Be Led Astray” zaśpiewał David Pack z działającej w latach 70. amerykańskiej formacji Ambrosia, jest tu James Durbin z Quiet Riot, który fenomenalnie zaprezentował się w „Give ‘Em My Love” (w którym to zresztą fantastycznym gitarowym solo popisał się Joe Bonamassa). I choć (prawie) cała płyta „From The New World” składa się z premierowych utworów, to przez cały czas odnosi się wrażenie, że wypełniają ją klasyczne utwory. Jedynym wyjątkiem jest umieszczona na samym końcu Parsonsowska wariacja na temat przeboju sprzed 60 (!) lat wokalnej grupy The Ronettes „Be My Baby”. Dlaczego Alan zdecydował się na swojej nowej płycie opublikować akurat to nagranie, które przed laty znalazło się m.in. w ścieżce dźwiękowej do filmu „Dirty Dancing”? Nie mam pojęcia. Chyba tylko po to, by zaaranżować go na kastaniety, które brzmią bardzo podobnie do tych, które pamiętamy z przeboju „Don’t Answer Me”.

Co najbardziej podoba się na tej pycie? Przede wszystkim klasyczne podejście do pisania melodyjnych, niezwykle zgrabnych piosenek. Posłuchajcie „Fare Thee Well”, „The Secret” czy „You are the Light”, a nade wszystko orkiestrowego „Goin’ Home” – wszystkie one mogłyby znaleźć się na którejkolwiek klasycznej płycie The Alan Parsons Project z lat 80. Co ciekawe, w tym ostatnim z wymienionych utworów Alan wykorzystał motywy II części IX Symfonii „Z nowego świata” Antoniego Dvořaka. Tym „nowym światem” była dla kompozytora Ameryka. I domyślam się, że Parsons tak tytułując swój nowy album poszedł właśnie tym tropem. Tak czy inaczej, duch minionej epoki cały czas unosi się na tej płycie w powietrzu, a wszystko wykonane jest w sposób, który nie wydaje się wymuszony i nie odnosi się wrażenia ponownego stąpania po starych dźwiękach, a raczej nowoczesnego zwrotu, gdyż cała płyta brzmi niezwykle świeżo, przekonywująco i wyraziście. A przede wszystkim bardzo melodyjnie…

Wydaje się, że w programie „From The New World” nie znajdziemy ani przyszłych przebojów na miarę „Eye In The Sky”, ani też epików pokroju „Old And Wise”, lecz trzeba przyznać, że to album idealny do słuchania w każdych okolicznościach. Dający niesamowitego pozytywnego kopa. Dobrze jest z nim rozpoczynać każdy kolejny dzień tegorocznego lata. Posłuchać go już na śniadanie. Niekoniecznie psychodeliczne…

MLWZ album na 15-lecie