Hackett, Steve - Darktown

Olga Walkiewicz, Hackett, Steve - Darktown

Hotelowy korytarz tonął w półmroku popołudnia, gdy pojawił się na jego końcu. W skromnym płaszczu, szczupły, lekko przygarbiony, lecz pełen subtelnego dostojeństwa. Pomimo covidowej maseczki od razu go rozpoznałam. Po cudownej aurze jaka go otaczała, po blasku w oczach i miękkim ruchu ręki, gdy odsłonił twarz. Był na niej uśmiech i spokój. To była krótka rozmowa, uściśnięcie dłoni, pamiątkowa fotografia, autograf – krótka chwila z geniuszem, bo czekała na niego żona, rozbawiona moim splątaniem i drżeniem rąk. Przesympatyczna, jak i On - Steve Hackett. Było to 12 marca tego roku, w hotelu Marriott przed wrocławskim koncertem. Takie wspomnienia zostają na zawsze, nadają życiu uroku, są jak rysunki motyli na kartkach pamiętnika.

Okładki albumu „Darktown” nie zdobią motyle skrzydła. Jest ona mroczna, skoncentrowana na czerni i bieli. Odniesienia do przeszłości, szarość, która nas więzi jak płyty nagrobków. Ale to co przed nami to nowy rozdział – jak postać anioła i spokojny wyraz twarzy Steve’a na zdjęciu w środku książeczki. Jest to album, w którym jest dużo osobistych motywów i nawiązań. To spojrzenie wstecz i refleksja. Jest tu mnóstwo komentarzy samego Mistrza. Przytoczę sentencję, która jest dla mnie najpiękniejszym cytatem. To on ma nas prowadzić przez ogród pełen cieni i światła, jakim jest muzyka z płyty „Darktown”: „It was the beginning of a new way of looking at things...”.

Premiera tego albumu była wielkim wydarzeniem dla rzeszy fanów. Jedenaście utworów o kontrastującej stylistyce, sezam pełnym prawdziwych skarbów, z których każdy jest inny, lecz pełen specyficznego dla siebie uroku. Nie ma tu jednak bardzo rozbudowanych kompozycji. Najdłuższa z nich - „In Memoriam” - ma osiem minut, co dla wielbicieli gatunku nie jest niczym długim. Album został wydany w 1999 roku nakładem Camino Records. Autorem okładki jest Harry Pearce. Stworzył on pełen mroku graficzny równoważnik muzyczno-lirycznego obrazu namalowanego przez Hacketta. Twórcą portretu Mistrza jest Paul Cox. Twarz na fotografii wydaje się pełna spokoju i skupienia. Zmarszczone czoło stanowi przeciwwagę układu warg, na których nie ma śladu smutku. Jest nadzieja szykująca je do uśmiechu, jest ślad refleksji i ciszy. Co nas motywuje najbardziej w życiu? Nasze plany, inspiracje, projekty. Często wymagają one odwagi. Hackett nie boi się ścieżki jaką podąża. Dlatego „Darktown” jest pełen eksperymentów i kontrastów. Album jest znakomity, choć ma jeden mankament: żywa perkusja jest tylko w jednym utworze - „Rise Again” . Zasiada za nią fantastyczny Hugo Degenhardt. Szkoda, bo nawet najlepiej zaprogramowany automat perkusyjny, to nie to samo.

Album otwiera najbardziej eksperymentalny na płycie i bardzo ciekawy utwór „Omega Metallicus”. Przenikliwa linia basu, gitarowy riff zamknięty w swojej improwizacyjnej osnowie, falujący w nieprzewidywalnej gonitwie, jest niczym żart czy impresja pełna frywolnego tańca. Nowoczesne brzmienie asymiluje się tu z klasyką i stanowi bardzo ciekawe intro dla tej płyty. „Darktown” wyławia cienie spośród mroku, aurę „neo-noir”, nasuwa skojarzenia z klimatem, jaki miał w sobie „Sin City” Rodrigueza i Millera. Narracja Steve’a Hacketta jest mrocznym kluczem do miasta, jego zakamarków i dzielnic, gdzie diabeł mówi dobranoc. Drapieżny, miotający się niczym tygrys dźwięk saksofonu Iana McDonalda, dodaje ostrego chilli, buduje nastrój. To jeden z najbardziej niesamowitych utworów płyty. Mistrzostwo odarte z delikatności, z wypalonym piętnem nocy i blaskiem neonów odbijających się w źrenicach.

„Man Overboard” to ballada z marzeniem wpisanym w tło, akustyczną gitarą, finezją klawiszy i wokalu. Blask słońca na granicy horyzontu i miękkość myśli. To wspomnienie z chwili pełnej romantyzmu i światła. Cytując. samego mistrza: ”The song popped into my head while sitting on a rock overlooking Jobson’s Cove and watching a sunset work its magic...”. Melodyjny „The Golden Age Of Steam” jest wędrówką w przeszłość. Utwór ten był zainspirowany pamiętnikami Annelies Marie Frank - żydowskiej dziewczynki, która po dwóch latach ukrywania się w Amsterdamie zmarła w obozie koncentracyjnym w 1945 roku. Wokal Steve’a wydaje się jednym z instrumentów w wielkiej orkiestrze, wtopiony w dźwięk fletów, smyczków, dzwonów rurowych, harfy, oboju, waltorni i chóru. Ta pełna perfekcji orkiestracja nastraja mistycznie i budzi drżenie serca.

„Days Of Long Ago” to kolejna ballada. Jest ona ozdobiona cudownym głosem Jima Diamonda błyszczącym na tle akompaniamentu gitary i smyczków. Pełna subtelności warstwa liryczna jest jego autorstwa, natomiast muzykę napisał razem z Hackettem. To niezmiernie rozmarzony utwór z krótką, lecz bardzo efektowną solówką Steve’a. „Dreaming With Open Eyes” zachwyca klimatem pachnącym podróżą. Kołysząca gitara, etniczny posmak, krajobraz umykający za oknem, cień tancerzy flamenco i flet otwierający drogę światłu. John Hackett tworzy tu nastrój, nanosi drobne ornamenty i tka dźwiękową materię. Gdzie może muzyka nas zaprowadzić? „Where are you going? Towards the sky. Between the craters of the sun and the moon. Flying through entrances. Floating free...”

„Twice Around The Sun” jest kompozycją podkreślającą wirtuozerię gitarowej gry Steve’a. Są tu świetliste solówki przerwane chwilami zadumy, by ponownie wybuchnąć tuż po niej ze zdwojoną siłą. Delikatne „Rise Again” początkowo unosi na skrzydłach wiatru, jest miękkością, idyllicznym lotem anioła. ”Take me where the sun don’t shine no more and the moon echoes where once was light. The wind is howling but it has no face. I know that we will rise again”. Ale to są tylko niecałe dwie minuty tej sennej sielanki. Szalona perkusja na której gra Hugo Degenhardt nie pozostawia złudzeń, porywa, roznieca ogień i cudownie współgra z gitarą Hacketta. „Jane Austin’s Door” to jeszcze jedna ballada o bardzo dużej dawce kołyszących rytmów. Piękna muzyka owijająca się jak powój wokół śpiewnej, łkającej gitary. „Darktown Riot” nawiązuje do ekspresji, z jaką spotykamy się w otwierającym płytę utworze „Omega Metallicus”.

Na koniec mamy jeszcze „In Memoriam”… To jeden z najpiękniejszych „klasyków” Steve’a Hacketta. Melancholijny i nastrojowy, prawdziwa perła zdobiąca królewski diadem. Echo odbijające poezję skrywaną w duszy. Wyjątkowej urody jest ten utwór. Wyjątkowy jest ten album. Ma w sobie wszystkie odcienie emocji. Wszystko, co wypływa z głębi serca artysty… Może dlatego zawsze był tym szczególnym w całej dyskografii?...

MLWZ album na 15-lecie