Lunear - Gostraks

Artur Chachlowski, Lunear - Gostraks

Powinienem zacząć od krótkiego oświadczenia: Lubię covery. Dobre covery. Nigdy tego nie ukrywałem. Lubię odkrywać jak dany wykonawca stara się dostrzec w znanym utworze coś nowego, pociągnąć jakiś ciekawy wątek, zinterpretować go po swojemu, przetworzyć pewne jego motywy, rzucić nowe światło na dźwięki, które doskonale znamy. Dlatego lubię płyty z coverami. Dobre płyty z dobrymi coverami. Ale tak bardzo udanej płyty, którą wypełniają nowe wersje znanych utworów, chyba jeszcze nigdy nie słyszałem. To co z dziesięcioma kompozycjami, zresztą w większości powszechnie znanymi, zrobiła bliżej nieznana mi francuska grupa Lunear, jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Od razu powiem: zaskoczeniem in plus.

A teraz krótkie oświadczenie zespołu Lunear: „Chcieliśmy zrobić coś innego, do każdego utworu dołożyć coś od siebie, jakby to była prawdziwa płyta grupy Lunear. Postanowiliśmy więc połączyć ze sobą wszystkie piosenki, tak jakbyśmy robili album koncepcyjny”.

Efekt jest znakomity…

Lunear to trzyosobowy zespół z Francji (Paul J. No – klawisze i wokal), Jean-Philippe Benadjer (wokal i gitar) oraz Sébastien Bournier (perkusja i wokal)), a „Gostraks” to już trzecia płyta w jego dorobku. Nie znam poprzednich. Wiem tylko, że zawierały oryginalny materiał, ale nie mam pojęcia w jakiej stylistyce są utrzymane. Pardon, wiem, przynajmniej mogę to sobie wyobrazić, chociażby po stylu, w jakim utrzymanych jest 10 wypełniających program płyty „Gostraks” utworów skomponowanych przez innych artystów. Artystów powszechnie znanych, ale wywodzących się z totalnie różnych stylistycznie światów: od Britney Spears po Davida Bowie, od Genesis po Marillion, od Frankie Goes To Hollywood po Talk Talk – już ten zestaw ujawnia szeroki wachlarz gustów muzyków tworzących grupę Lunear. Co więcej, ten z pozoru ogromy rozrzut stylistyczny tworzy niesamowicie spójną, jednorodną całość układająca się w niezwykle intrygującą tracklistę.

Na „Gostraks” każdy członek zespołu Lunear śpiewa piosenki, które sam wybrał na ten album.

Pierwszy utwór, wybrany przez Sebastiena genesisowski „Turn It On Again”, poprzedzony jest zaśpiewanym a capella fragmentem „Guide Vocal”. Efekt znakomity. Nie, nie będę porównywać tej, ani żadnej innej interpretacji do oryginału. Bo nie ma sensu. Co cieszy, to ta swoista muzyczna ‘wartość dodana’, ten dodatkowy fragment, który diametralnie zmienia nasze spojrzenie na takie właśnie wykonanie. Poprzeczka podniesiona bardzo wysoko. No i jak powiedzieli, tak zrobili: jeszcze zanim „Turn t On” się kończy, płynnie wypływa z niego przebój „Modern Love” z repertuaru Davida Bowie. Śpiewa, a właściwie interpretuje, Paul. Utwór zaczyna się niczym ballada, a następnie przeradza się w radosny popowy numer, którym był w oryginale. To mocno zabarwiona altenatywą odważna wersja, wykonana bezbłędnie i po mistrzowsku. Kolejna wycieczka w lata 80. to „Warriors Of The Wasteland” Frankie Goes To Hollywood. Automat perkusyjny zamiast żywej perkusji w niczym nie przeszkadza. W wykonaniu Lunear utwór ten stał się przepięknie smutną balladą utrzymaną w stylistyce indie rocka kompletnie wyzbytą charakterystycznego dla oryginału brzmienia funk. Potem mamy do bólu mroczny „Inside” – doskonale znany hicior grupy Stiltskin i trochę już zapomniany przebój „Sleeping Satellite” z repertuaru Tasmin Archer,

Kolej na następny utwór. I tutaj szok! Oto „Perfume” z dorobku… Britney Spears. Ale jakże to brzmi! Jak się tego słucha!!! Wersja grupy Lunear nie razi, nie odstaje od reszty, ba!, idealnie pasuje do rozpoczynające się zaraz „Shake The Disease” - to dynamiczna interpretacja klasyka Depeche Mode, przerobiona przez zespół na mocarną balladę i bezbłędnie zinterpretowana wokalnie. „Na początku próbowaliśmy wykonać ten utwór tak, jakby grał Linkin Park, ale skończyliśmy po prostu jak Lunear” – mówi śpiewający w tym utworze Paul.

Teraz czas na muzykę Lany Del Rey. Słyszymy oszałamiająco piękną wersję utworu „Venice Bitch”. Lunear uchwycił tutaj całą dramaturgię oryginału, nieco uprościł jego strukturę, a brzmienie oparł na dominującym fortepianie i wokalu – aż do momentu, gdy włączają się gitary elektryczne i organy. W tym fragmencie uświadamiam sobie, że Lunear w pewnym sensie idealnie wpisuje się w stylistykę rocka progresywnego. Ta wersja „Venice Bitch” ujawnia powiązania między mrocznym popem Del Rey a dłuższymi formami klasycznych kompozycji spod znaku prog rocka. Utwór trwa ponad siedem minut, bardzo dużo się w nim dzieje, epicki rozmach sąsiaduje z kameralną melodią, balladowy nastrój przeistacza się w mocne rockowe granie, jak mi się wydaje w pewnym momencie słyszę tu też motywy innej piosenki Lany, „Off The Races”, sprytnie wklejone w ten monumentalnie brzmiący kawał świetnej muzyki.

„Renee” z dorobku Talk Talk zachowuje cały sentymentalizm oryginału, ale nabiera całkowicie nowego kolorytu. Dzieje się to za sprawą subtelnych dźwięków fortepianu i gitar zastępujących syntezatory. Miłe dla ucha brzmienia układają się w zgrabną melodię ładnie przechodzącą swoim delikatnym beatem w ostatni na płycie utwór - „This Is The 21st Century” grupy Marillion. Kompozycja ta została potraktowana z dużym szacunkiem, z niewielkimi zmianami w stosunku do oryginału, ale została też odrobinę przycięta i nieco bardziej skondensowana (zamiast oryginalnych 11 minut, trwa niespełna 9), a zespół Lunear demonstruje w niej łatwość, z jaką porusza się po progresywno-rockowych klimatach, stopniując napięcie poprzez wprowadzanie coraz bardziej rozbudowanych partii gitar, perkusji i syntezatorów. No i jakby tego było mało, w finale tego utworu francuscy muzycy dołożyli jeszcze kilkanaście taktów z genesisowskiej „Mamy”! Z jednej strony działa tu efekt zaskoczenia, a z drugiej – zachwyca pomysłowość w umiejętnym łączeniu ze sobą nieoczywistych fragmentów tej muzycznej układanki. I za to właśnie podziwiam grupę Lunear i za to tak bardzo cenię jej najnowsze wydawnictwo.

Niespodzianka goni tu niespodziankę. Nie ma miejsce na łatwiznę i proste rozwiązania interpretacyjne. Tutaj nic nie dzieje się w skali 1:1. W każdym utworze Lunear dokłada coś ważnego od siebie, czyniąc ze wszystkich 10 utworów wypełniających album „Gostraks” przeuroczy soundtrack powiązanych ze sobą tematów wykonanych w nieoczywisty, marzycielski i wysmakowany sposób…

Bardzo podoba mi się ta płyta. Nie ukrywam, że zainspirowała mnie do tego, żeby poznać dwie poprzednie płyty tego francuskiego zespołu („Many Miles Away” z 2018 i „Curve. Axis. Symmetry.” z 2020 roku). Jestem ogromnie ciekaw jak ci niezwykle pomysłowi muzycy dają sobie radę w swoim własnym repertuarze. Gdy dowiem się czegoś ciekawego, z pewnością podzielę się z Wami moimi wrażeniami.

MLWZ album na 15-lecie