Light In The Ocean, The - Deep Reef Dream

Maciej Niemczak, Light In The Ocean, The - Deep Reef Dream

Są takie płyty (i wykonawcy), które ze względu na swoją nieoczywistość i natłok innych wydawnictw docierają do nas po jakimś czasie od daty ich premiery. I dziś właśnie taki album Wam opiszę. Oto bowiem 15 kwietnia 2022 r. światło dzienne ujrzała płyta ''Deep Reef Dream'' jednej z najbardziej intrygujących i świeżo brzmiących (mimo nawiązań do nagrań z lat 80.) grup ostatniej dekady o nazwie The Light in the Ocean. Zanim napiszę o tym albumie, sięgnę do korzeni artystów, którzy ją nagrali.

W 2016 r. na eklektycznej części progresywnego nieba nieśmiało zamigotała gwiazdeczka o nazwie Tom's Hank. Wtedy to Jared Emery (gitara), Chris Lyons (bas) oraz Jacob Ewert (perkusja i klawisze) nagrali EP-kę "After Cool Club". W roku następnym wydali kolejny minialbum "Aqua Squatch" i - czy to ze względu na znikome zainteresowanie zespołem czy też brak wpływów dla wydawcy (tego nie wiem) - Amerykanie z Minnesoty niespodziewanie zniknęli. W 2019 r. Jared i Jacob nawiązali współpracę z drugim gitarzystą Chrisem Johnsonem oraz basistą Travisem Freudenbergiem i powrócili z nowym projektem o nazwie The Light In The Ocean i płytą o tym samym tytule. Materiał tam zawarty zyskał na tyle dobre oceny, że panowie postanowili pójść za ciosem i wydali (ale już jako duet) w 2020 r. świetny album o bardzo frapującym i ciężkim do zapamiętania tytule ''The Pseudo-Scientific Study of Oceanic Neo-Cryptid Zoology''. Na czas trwania tournee promującego ową płytę pogodzono się z Chrisem Lyonsem i zaowocowało to nagraniem niezwykle klimatycznego i nieco eksperymentalnie brzmiącego trzeciego krążka grupy zatytułowanego ''Deep Reef Dream'', który, jak już wcześniej zaznaczyłem, ukazał się 15 kwietnia tego roku. Owo brzmienie wynika ze wzbogacenia instrumentarium zespołu o saksofon Jareda i niesamowitą trąbkę Chrisa, której nie powstydziłby się sam Chuck Mangione. Istotną zmianą było również zaproszenie w roli gościa skrzypka Stephena Deckera. Zastanawiam się czemu taką wspaniałą muzykę spycha się na peryferie progresywnej sceny rockowej i jest ona tak bardzo niedoceniana przez słuchaczy? Czy ze względu na swoją eklektyczność? Bo łączy w sobie metal, jazz, ambient, a nawet fragmentarycznie pop? Bo zawiera przebojowe nagrania, jak singlowy ''Tijuana Sunset”? Mam nadzieję, że dzięki kilku pasjonatom muzyki, takim jak ja, owe perełki trafią do szerszego grona i pozostaną w pamięci na dłużej niż czas potrzebny do jednokrotnego odtworzenie płyty.

Przyjrzyjmy się więc bliżej co mają do zaoferowania te ''głębokie rafy''.

  1. „Things Inside”. Pierwsze takty to delikatny jazz. W okolicach pierwszej minuty pojawiają się metalowe riffy, a za chwilę cudowne ambientowe pasaże i niesamowita trąbka. I tak na zmianę aż do końca utworu z ciekawą metalową solówką w międzyczasie. Warto przysłuchać się pracy basu i ciepłemu wokalowi. Początek bardzo energiczny i pełen entuzjazmu.
  2. "Partenon". Melodyjny prog instrumentalny z wielowarstwową strukturą muzyczną, gdzie na pierwszy plan wybijają się skrzypce.
  3. „Tijuana Sunset”. Przebojowy utwór instrumentalny z przepiękną latynoską trąbką. Idealnie nadaje się do propagowania jazz rocka. I znów ten bas... Jest power.
  4. "Smee". Bardzo tajemniczy klimat z niezwykle zwiewną wokalizą. Czary!
  5. „Psyclops”. Poznajemy tu cięższą stronę zespołu. Znakomita perkusja i te magiczne skrzypce w środku utworu. Prog metal z nimi brzmi świetnie. Bardzo dobry wokal.
  6. „Underwater Cigarettes”. Nagły dźwięk pianina spadający z niebios i powolnie opadający, by zniknąć gdzieś w głębinach. Preludium do następnego utworu.
  7. „Deep Reef Dream”. Chyba najlepszy utwór na płycie. Wspaniała sekcja dęciaków wspomagana przez skrzypce, przepiękna gitarowa solówka i ujmująca końcówka z pianinem w roli głównej.
  8. „Mr. Pippy”. Krótki, bardzo melodyjny i nastrojowy fragment albumu.
  9. "Big Beef". Najbardziej metalowy kawałek na płycie. Threshold? Pain Of Salvation? Słuchając masz wrażenie, że podąża za tobą bestia z głębin i musisz wraz z muzykami przyspieszyć, by nie dopadła cię na samym końcu. Trąbka i ostre riffy? Musicie koniecznie tego posłuchać!

 

No i tym sposobem niepostrzeżenie minęło nam nieco ponad 37 minut oceanicznej podróży w otchłani przepięknej muzyki znajdującej się na płycie „Deep Reef Dream”. Uwielbiam te dźwięki budujące niesamowity klimat, a także bujne, melodyjne struktury utworów stworzone przez zespół jako całość. Wiecie co? Idę pomarzyć raz jeszcze w rafach znajdujących się w oceanicznej głębinie...

MLWZ album na 15-lecie