Spheric Universe Experience - Back Home

Olga Walkiewicz, Spheric Universe Experience - Back Home

Prowansję opisywali w swoich dziełach Alphonse Daudet i Peter Mayle. Stanowiła inspirację dla impresjonistów. Lazurowe Wybrzeże otulone morską bryzą i zapachem błękitnego wiatru przenosili na płótno Cezanne i Gaugin. Pewnego grudniowego wieczoru w przepięknej Nicei przyszedł na świat Vince Benaim. Cztery miesiące później w Creteil urodził się John Drai. Nikt nie przypuszczał, że ich ścieżki przetną się wiele lat później i ponownie będą wspólnie tworzyć muzykę.

Wszystko zaczęło się w 1999 roku, kiedy Vince (gitara), John (bas) i Sam (perkusja) utworzyli instrumentalny zespół Gates Of Delirium. W 2002 roku dołączył do nich klawiszowiec Fred Colombo i wokalista Alex. Zmienili nazwę na Amnesya, dali kilka koncertów i nagrali demo. W roku 2002 zostali bez wokalisty, choć z nową nazwą – Spheric Universe Experience. Na debiutancki album, „Mental Torments”, trzeba było czekać aż do 2005 roku. W sesji uczestniczył obdarzony znakomitym głosem Frank Garcia, który po nagraniu tej płyty, dołączył do stałego składu grupy. Jedynym problematycznym ogniwem zespołu byli perkusiści. Na debiutanckim krążku na bębnach zagrał muzyk sesyjny, Volodia Brice. W 2004 roku do zespołu dołączył Nico „Ranko” Muller, z którym trzy lata później nagrano drugi album studyjny - „Anima”. Płyty „Unreal” (2009) i „The New Eve” (2012) powstały z udziałem Christophe Brianda.

Najnowsza płyta Francuzów ukazała się 20 maja tego roku. „Back Home” to koncept o tytule mającym podwójne znaczenie: mówi on o powrocie na Ziemię bohaterów kosmicznej historii i o ponownym spotkaniu muzyków, którzy nagrali ten album. Do drzwi Vince’a Benaima ponownie zapukali John Drai, Fred Colombo i Frank Garcia. Jest teraz też z nimi zasiadający za perkusją Romain Goulon. „Back Home” to spora dawka niezłych klasycznych, progmetalowych kompozycji. Znakomite melodie łączą się z techniką i imponującą wirtuozerią. Niesamowita jest umiejętność Francuzów w łączeniu powermetalowej szybkości z ekstrawaganckim sposobem przekazania muzycznych treści i malarskim nakreśleniem fabuły konceptu. Muzyczna esencja przechodzi przez sito sensualności, ociera się o patos, skrapla w kałużach odbijających szarą rzeczywistość. Przy tej płycie nie można się nudzić. Jest przemyślana od początku do końca.

Instrumentalny początek w postaci utworu „On Board SUE5-2469” robi niesamowite wrażenie. To „gwiezdne wrota” przez które trzeba przejść, by zasmakować aury innego świata. To wejście na pokład statku lecącego w daleką podróż pełną niebezpieczeństw. Klawisze tworzą aurę narastającej tajemniczości, stopniowo rozniecają płomień i szykują na rosnącą moc „Final Fate”. Mamy tu bardzo efektowne przejścia, zabójcze riffy, zmiany tempa - prawdziwy progresywny przekładaniec podobny do tych serwowanych nam przez Dream Theater. Artyści poruszają się po zmieniających się pokładach kontrastującej estetyki z ogromną precyzją i smakiem. Jest to misternie nakreślona wizytówka szalonych możliwości każdego z muzyków. Wszystko jest jednak podane w wyważonych proporcjach i dawce tak, że sprawia to czystą przyjemność. Nie zalewa nas tu wezbrana fala dźwięków, która mogłaby przytłoczyć. Jest myśl przewodnia, energia przeplata się z momentami, gdy można rozsmakować się spokojem i dokonać głębokiego wdechu. Fred Colombo tworzy klimatyczny, klawiszowy fundament, na którym rozgrywa się pełne pasji przedstawienie, gdzie gitary, bębny i wokal przenikają się wzajemnie, zanurzają w swoim dialogu, rozbłyskają i gasną, aby mogła nas ukołysać muślinowa delikatność fortepianu.

„Where We Belong” to kolejny przykład jak stworzyć utwór pełen różnorodności, brzmieniowych smaczków, ze znakomitą melodią budującą refren. Frank Garcia pokazuje się tu od najjaśniejszej strony. Skala, przejrzystość, barwa - to niezmiernie ważne atrybuty jego głosu.

„Transcending Real Life” to jedna z najciekawszych piosenek na albumie „Back Home”. Jest tu wielowątkowość formy, liczne zakręty dynamiki, obudowywanie tematu w improwizacyjne sekwencje poszczególnych instrumentów. Znakomita praca, jaką wykonuje sekcja rytmiczna z efektowną linią basu. Jest tu kolejny refren, który momentalnie wpada w ucho. Soczyste akordy chłoną naszą percepcję, by za chwilę wyostrzyć ją do granic możliwości. Vince Benaim ma do zaoferowania ogromny wachlarz możliwości, potrafi uwodzić drżeniem strun i obudzić riffem uśpionego smoka.

„Senses Restored” wprowadza inny klimat: motoryczny akompaniament gitary na tle pastelowych klawiszy. Bas i bębny toną w tle, by zalśnić w środkowej części utworu.

Moja ulubiona kompozycja to „Legacy”. Z pewnością jest najbardziej przebojowa, ale w tym właśnie tkwi jej niezaprzeczalna siła i czar. Cudowne, orientalne motywy na początku tego utworu rzucają nas w przestrzeń pełną ślicznych melodii, gitarowych solówek i filigranowej miękkości. Może „image” nie jest tu czysto progresywny i jest to po prostu zwykła piosenka, ale urzeka i pozostaje w pamięci.

Pięciominutowe nagranie „Defenders Of Light” to zestawienie elektroniki, syntetycznej gitary i wymuskanego wokalu, zaś „Synchronicity” to instrumentalna elektroniczna „rakieta”. Łącznik pomiędzy światami. Podobnie patetyczny, ozdobiony chórami „The Absolution Pt.1”, który jest rodzajem wstępu do „The Absolution Pt.2” - utworu znaczonego wyrazistym powermetalowym szlifem.

„Rebirth” to punkt zwrotny w muzycznej podróży, w jaką zabrał nas zespół Spheric Universe Experience. Rozpoczyna się od słów, jakie wypowiada kosmiczny wędrowiec. Karta z pamiętnika, wiadomość wysłana w przestrzeń, niewyraźne zdania znikające w pustce kosmosu. Gitarowe riffy są jak reminiscencje snów odwróconych w soczewce wszechświata.

„Of The Last Plague” to impresja sklejona z szorstkich riffów, agresywnych wokali i tła, które umyka z prędkością światła ku zakończeniu płyty. Jest ono jak brama do innego wymiaru, bo finałowa kompozycja „Dreams Will Survive” prowadzi nas do nowego świata. To odkupienie i bezmiar, w którym można zatonąć lub obudzić się z krzykiem. To dziewięciominutowe cumowanie statku ubrane w szaleńcze harmonie. To esencja nowego świata. Bardzo „filmowe” to zakończenie, niczym soundtrack do obrazu, który jeszcze nie powstał…

Piękny to album. Trudno się od niego oderwać. Chyba najlepszy w dorobku zespołu. Tak, zdecydowanie najlepszy, przynajmniej dla mnie...                                      

MLWZ album na 15-lecie