Pendragon - Not Of This World

Artur Chachlowski,
ImageAż pięć długich lat przyszło nam czekać na nowy studyjny album Pendragonu I nie zawiedliśmy się ani  trochę. „Not Of This World” to album dokładnie taki, jaki można było sobie wymarzyć. Ten sam klimat, te same piękne melodie, ta sama wspaniała gitara Nicka Barretta i długie zniewalające kompozycje. Do tego pastelowa, przecudowna okładka autorstwa Simona Williamsa – od 10 lat nadwornego grafika Pendragonu. Okładka pełna symboli, pełna odniesień do opowiadanych przez zespół historii. A jest ich na płycie „Not Of This World” pięć. Tylko pięć. Ale każda z nich to wielowątkowa i wieloczęściowa suita. Każda z nich mówi o trudnym okresie w życiu lidera Pendragonu. Wszakże w trakcie minionych kilku lat najpierw na świat przyszedł jego syn, potem w gruzach legło jego małżeństwo, nastąpiły chwile zwątpienia, ale szczęśliwie w życiu Barretta pojawił się „zielonooki anioł”. Wrócił optymizm, radość życia i chęć tworzenia. I z  tych doświadczeń powstała ta płyta. Otwiera ją kompozycja „If I Were The Wind” będąca rozmową ojca z synem. Nick opowiada sześcioletniemu Maxowi o życiu pełnym niebezpieczeństw, zagrożeń i rozczarowań. Ale gdy tylko jesteśmy w stanie się ich wystrzec cały świat legnie u naszych stóp. Opowieść druga „Dance Of Seven Veils” mówi o goryczy i bezsilności w obliczu zdrady. Szczególnie, gdy od bliskiej osoby słyszymy, że „tak naprawdę to nigdy dobrze nie znaliśmy się”. Wtedy wali się cały świat. „Not Of This World” to trzecia historia na tej płycie, która rozpoczyna się od fenomenalnego trzyminutowego instrumentalnego szaleństwa. W tak dobrej formie Pendragonu nie słyszelimy chyba nigdy. A i przez kolejny kwadrans tej genialnie rozwijającej się suity mamy do czynienia z najprawdziwszymi muzycznymi fajerwerkami. Kolejna opowieść „A Man Of Nomadic Traits” swoją konstrukcją przywodzi na myśl szczytowe osiągnięcie Pendragonu, a mianowicie kompozycję „The Voyager” z albumu „The World”. Też wszystko rozpoczyna się od gitary akustycznej, też mamy tu motyw podróży i też mamy wieńczące całość niekończące się gitarowe solo. Palce lizać. A przecież przed nami jeszcze kilkunastominutowy finał w postaci utworu „World’s End”. I właśnie w tym dostojnym, refleksyjnym nagraniu gromadzą się wszystkie napięcia, frustracje, ból i rozpacz, o których mowa na całej płycie To pieśń o świecie wartości: „jest wiara, jest prawda, jest miłość. Ale najważniejsza z nich to miłość”. Czyż można wyobrazić sobie piękniejsze przesłanie? Wspaniały to utwór. Wspaniała to płyta. Dokładnie taka, jakim powinno być nowe dzieło Pendragonu.
MLWZ album na 15-lecie