Riverside - Voices In My Head (EP)

Artur Chachlowski,

Wydany przed kilkoma tygodniami minialbum grupy Riverside jest niezwykle miłym prezentem w oczekiwaniu na nową pełnowymiarową płytę zespołu.

Trwa on zaledwie 36 minut i zawiera 3 koncertowe nagrania znane z debiutanckiej płyty nagrane na żywo w klubie Traffic w Warszawie w maju ubiegłego roku oraz 5 premierowych utworów studyjnych. O ile utwory z oklaskami potwierdzają wszystkie powszechnie już znane zalety zespołu, to nowe kompozycje są z jednej strony prawdziwą atrakcją, a z drugiej – sporą niespodzianką tego niezwykle udanego albumiku. Przeznaczone wyłącznie na to wydawnictwo są żywym dowodem na to, że Riverside potrafi zaskakiwać. Wszystkie nowe nagrania są bardzo spokojne, nastrojowe, pełne lirycznej zadumy i zamyślenia. Może to o tyle dziwić, że wydany przed rokiem debiutancki album „Out Of Myself” pokazał zdecydowanie bardziej drapieżne, progmetalowe oblicze zespołu. Ale to dobrze. Świadczy to o uniwersalnym charakterze muzyki Riverside, Nie dziwi więc fakt, że czytelnicy najbardziej popularnego na świecie portalu internetowego poświęconego muzyce progresywnej Dutch Progressive Rock Page (DPRP) www.dprp.net uznali Riverside za najlepszy nowy zespół 2004 roku. Zaszczyt to wielki, zważywszy że w pokonanym polu zostały takie sławy, jak zespoły Blackfield, czy Kino. Pochodzące z minialbumu „Voices In My Head” takie utwory, jak „Acronym Love”, czy „Stuck Between” z pewnością ugruntują wysoką pozycję zespołu. Podobno już we wrześniu ukazuje się nowa płyta studyjna, na której znajdą się wyłącznie premierowe utwory. A przecież jeszcze dwa lata temu niewielu znało nazwę Riverside. Zespół spotkał się po raz pierwszy pod koniec 2001 roku. Wcześniej Piotr Grudziński (g) działał w metalowej grupie Unnamed, Mariusz Duda (bg, v) śpiewał w zespole Xanadu, Piotr Kozieradzki (dr) bębnił w deathmetalowych formacjach Hate oraz Domain, a czwarty członek pierwszego składu Riverside Jacek Melnicki realizował dźwięki innych artystów we własnym studiu nagraniowym.

Mariusz Duda wspomina:   „Założyliśmy, że odejdziemy od pewnych utartych schematów. Że zostawimy w spokoju inspirację zespołami, którymi zachłystuje się każdy, kto próbuje grać rock "progresywny", pomimo upływu czasu i zmiany trendów w muzyce. Że będziemy po prostu bawili się melodią i rytmem w sposób, który będzie satysfakcjonował każdego z nas”.

No i udało się. Powstały pierwsze utwory, najpierw instrumentalne, do których Mariusz zaczął nakładać tzw. „norweski” wokal, co przypadło do gustu reszcie zespołu. Riverside zyskał więc wokalistę i w marcu 2003 roku nagrał pierwsze demo zatytułowane po prostu „Riverside”. Na wydanie pełnowymiarowego premierowego albumu zespół musiał jeszcze solidnie popracować, co opłaciło się o tyle, że tuż przed Świętami Bożego Narodzenia A.D. 2003 światło dzienne ujrzała płyta „Out Of Myself”. Zawierała ona materiał znany już z demo oraz kilka dodatkowych utworów, które razem stanowiły zwartą i stylistycznie spójną całość. Nic dziwnego, że album ten spotkał się z ciepłym przyjęciem progresywnej publiczności. Nagrania  z „Out Of Myself” zaczęły gościć w licznych krajowych rozgłośniach radiowych, a seria koncertów promujących to wydawnictwo zakończyła się ogromnym sukcesem, gromadząc nadspodziewanie liczną rzeszę oddanych fanów. Co ciekawe, album szybko zyskał sobie popularność za granicą. Zespół zaczął gościć w Niemczech, sypały się zaproszenia z Holandii, Belgii, a nawet Stanów Zjednoczonych. W koncertach tych nie uczestniczył już jednak klawiszowiec Jacek Melnicki. Na skutek pewnych nieporozumień co do kierunku artystycznego i osobistego zaangażowania w promocję nagranego materiału Jacek postanowił skoncentrować się na własnych projektach w swoim studiu nagraniowym. Jego miejsce zajął Michał Łapaj. I jak się okazało był to prawdziwy strzał w dziesiątkę.  Ze zdwojoną energią i ogromnym entuzjazmem zespół rozpoczął przygotowania do scenicznego show, czego naturalną konsekwencją było wydanie albumu „Out Of Myself” za granicą. Stało się to we wrześniu ubiegłego roku nakładem amerykańskiej wytwórni Laser’s Edge. I w tym momencie rozpoczęło się prawdziwe ogólnoświatowe szaleństwo na punkcie „znakomitego progmetalowego zespołu znad Wisły”, jak często pisano o grupie Riverside w angielskojęzycznych recenzjach. Zespół obsypany został mnóstwem prestiżowych nagród i tytułów. O wyróżnieniu czytelników witryny DPRP już pisaliśmy, więc podkreślmy jeszcze zaszczytny tytuł debiutanta roku według czytelników Metal Hammera oraz belgijskiej witryny Prog-Nose.

Wygląda więc na to, że w grupie Riverside doczekaliśmy się prawdziwego artrockowego towaru eksportowego z najwyższym znakiem jakości. Chciałoby się rzec: „teraz Polska”, bo przecież przyszłość naprawdę może należeć do tej warszawskiej grupy. Bo liczne sukcesy oraz ogromne uznanie zarówno polskiej, jak i zagranicznej publiczności stanowią ogromny potencjał, którym zespół może poszczycić się już na początku swojej kariery. Wszystko wskazuje więc na to, że warto iść za ciosem. Muzycy tworzący zespół doskonale to rozumieją skoro niedługo po zakończeniu swojej kwietniowej europejskiej trasy koncertowej wchodzą do studia, by nagrać nowy album. Jego premiera przewidziana jest na wrzesień. Wiem, ze nie tylko ja, ale cała rzesza oddanych fanów na całym świecie, której apetyt mocno zaostrzony został wydanym właśnie krążkiem „Voices In My Head”, możemy powiedzieć: naprawdę nie możemy się już doczekać...

MLWZ album na 15-lecie