Stolt, Roine - Wall Street Voodoo

Artur Chachlowski,
ImageBardzo lubię Roine Stolta, ale od razu przyznam się do tego, że nie jestem wielkim fanem tego albumu. Jest jednak coś, co mi się w nim niewątpliwie podoba: koncept. Pomysł nagrania płyty, na której artysta gra zupełnie inny repertuar niż ten, do którego przyzwyczaił swoich sympatyków grając do tej pory ze swoimi macierzystymi formacjami (Kaipa, The Flower Kings, Transatlantic). Ku zaskoczeniu tych, którzy znają dorobek Roine’a, na „Wall Street Voodoo” znajdziemy sporą dawkę bluesa, a właściwie blues rocka. Podobno życie każdego artysty, który wychowywał się na muzyce lat 60-tych i którego okres dojrzewania przypadł na czas wielkich rewolt obyczajowych, politycznych i kulturowych tamtego okresu, ciągnie do bluesa jak wilka do lasu. Zapewne dlatego Roine postanowił na chwile zapomnieć o art rockowych suitach i nagrał album w całości wypełniony muzyką głęboko zakorzenioną w dobrej bluesowej tradycji. A jako że nasz bohater znany jest w środowisku jako prawdziwy pracoholik i że nie słynie on z mistrzostwa zwięzłej wypowiedzi, w rezultacie otrzymaliśmy podwójny, trwający blisko 2 godziny album. Zaznaczę, że dla miłośników dotychczasowej twórczości Stolta będą to 2 godziny niezwykle trudne do przetrzymania. Przeciwnie dla sympatyków dobrego blues rockowego grania w stylu Petera Greena, Johna Mayalla, Cream, The Allman Brothers, a nawet Jimmiego Hendrixa. Bo jak się okazuje Roine czuje tę muzykę jak mało kto. W dodatku otoczył się wianuszkiem zdolnych muzyków towarzyszących, z których na okładce płyty ujawnił tylko dwa nazwiska: Neal Morse (ex-Spock’s Beard) oraz Marcus Liliequist (The Flower Kings). Z przyczyn kontraktowych pozostali goście ukrywają się pod pseudonimami. Kim są Gonzo Geffen, Slim Pothead i Victor Woof? O tym dowiemy się zapewne we właściwym czasie, ale wsłuchując się w sposób ich gry na albumie „Wall Street Voodoo” wiem, że muszą być doprawdy świetnymi bluesmanami.
MLWZ album na 15-lecie