Strangefish - Full Scale

Artur Chachlowski,
ImageGrupę Strangefish czytelnicy wpływowego brytyjskiego pisma Rock Socjety okrzyknęli mianem największego progresywnego odkrycia ubiegłego roku. Nic w tym dziwnego, wszak debiutancki album tego zespołu sprawia wyjątkowo dobre wrażenie. Muzycy tworzący tą formację nie kryją swoich muzycznych fascynacji, wymieniając jako swoich nauczycieli zespoły Genesis, It Bites, Yes, The Flower Kings, czy Spock’s Beard. I rzeczywiście, słuchając płyty „Full Scale” wyraźnie słychać te inspiracje. Nie chcę przez to od razu powiedzieć, że narodziła nam się gwiazda największego formatu, która już na tym etapie swojej działalności dorównuje największym gigantom gatunku. Takie stwierdzenie byłoby zdecydowanie na wyrost, ale nie można też odmówić produkcjom Strangefish ciekawych pomysłów, interesujących rozwiązań muzycznych, a nade wszystko młodzieńczej werwy i entuzjazmu. Słychać to przede wszystkim w najkrótszym na płycie, odrobinę zwariowanym utworze „Take A Holiday”. Reszta nagrań wypełniających program tej płyty stanowi idealną mieszankę młodzieńczego polotu i sporej już muzycznej dojrzałości. Można się o tym przekonać słuchając długich, kilkunastominutowych kompozycji „Shifting Sands And Turning Tides”, „At First Sight”, „Oceans Deep”, czy „Simple Life”. Epicki rozmach tych utworów w ogóle nie nuży, bo naprawdę sporo się w nich dzieje. Liczne zmiany tempa, melodii i nastrojów układają się w logiczną, mądrze przemyślaną całość. Stąd duże brawa dla całego zespołu za wpuszczenie nieco świeżego powiewu w hermetycznie zamknięte królestwo prog rocka. Po tym debiucie sporo można sobie obiecywać. Wiem, że zespół już pracuje nad drugą płytą. I nie mogę się na nią doczekać.
MLWZ album na 15-lecie