Archangel - The Akallabeth

Artur Chachlowski,

ImageIleż to już było muzycznych opowieści opartych na prozie J.R.R.Tolkiena? Nie sposób wyliczyć wszystkich wydawnictw, nawet tych z prog rockowej półki, które wykorzystywały wątki twórczości autora „Władcy pierścieni”. Dlatego też premiera kolejnego albumu, firmowanego przez niejakiego Archangela pt. „The Akallabeth”, prawdopodobnie nie wywoła jakiejś gorączkowej aury muzycznego oczekiwania wśród słuchaczy. A niesłusznie. Bo po pierwsze – to płyta, nawet odkładając na bok tolkienowskie konotacje, zawierająca naprawdę dobrą muzykę, a po drugie występuje na niej mnóstwo uznanych sław doskonale znanych w świecie progresywnego rocka.

Kim zatem jest tajemniczy Archangel? Pod tym pseudonimem ukrywa się pianista Gabriele Manzini, znany z działalności w formacji Ubi Maior, a przede wszystkim z grupy The Watch, w której działał w latach 2000-2005 (między innymi z jego udziałem nagrana została płyta „Ghost”). „The Akallabeth” jest jego pierwszą solową płytą, która jest w istocie koncept albumem opartym na opowieści „The Fall Of Numenor”, będącą częścią tolkienowskiego „Silmarilliona”. Teksty poszczególnych kompozycji nie tylko nawiązują do książki Tolkiena, ale i oddają ducha tamtej historii. Mówi ona o ostatnich dniach wyspy Numenor i katastrofie, która doprowadziła do jej upadku. W opowieści występuje wiele postaci, stąd w to przedsięwzięcie zaangażowanych jest wielu wokalistów. Wymieńmy trzech najznakomitszych: Damian Wilson, który znany jest z działalności w grupach Threshold, Landmarq, Ayreon i w zespole Ricka Wakemana, głos grupy Enchant - Ted Leonard - oraz Zachary Stevens, który w latach 90-tych śpiewał w Savatage, a ostatnio udziela się w Circle II Circle.

Oprócz tak znamienitych wokalistów Gabriele Mancini zaprosił do studia kolejnych gości: na basie zagrali Walter Gorreri (Ubi Maior) i Marco Schembri (The Watch), na perkusji Alessandro Di Caprio (Ubi Maior) i Davide Martinelli (Darksky), na gitarach Ettore Salati (ex-The Watch) i Stefano Mancarella (Ubi Maior), a żeńskie partie wokalne wykonała znana z formacji Dunwich, Francesca „Elayne” Naccarelli. Całość wyprodukował nadworny producent płyt grupy The Watch, Simone Stucchi.

Historia o wyspie Numenor opowiedziana została przy pomocy dwunastu utworów układających się w powiązaną ze sobą całość, która trwa aż 66 minut. I pomimo faktu, że została ona muzycznie zilustrowana przez Włocha i nagrana przy współudziale muzyków pochodzących z Italii, to swoją stylistyką nie wpisuje się raczej we włoską szkołę progresywnego rocka, której prekursorami były zespoły PFM, Banco czy Le Orme. Raczej umiejscawia się bliżej prog rocka (prog metalu?) w anglosaskim wydaniu. Skojarzenia z brzmieniem Threshold, Enchant i Savatage, poprzez osoby wokalistów, są nad wyraz oczywiste. Ale na płycie „The Akallabeth” można usłyszeć też ślady twórczości takich formacji, jak Symphony X, Shadow Gallery i całej plejady renomowanych gwiazd cięższej odmiany prog rocka.

Najwięcej na tej płycie jest śpiewającego Damiana Wilsona. Utwory „Gift Of Love”, „The Forbidding”, „Rings Of Power”, „The Faithful And The Faithless One”, a nade wszystko kończąca całość ballada „The Price”, to dobre, świetnie wykonane utwory, które śmiało mogłyby zaistnieć samodzielnie. Ted Leonard prowadzi główne linie wokalne w „The Shade Of Numenor” i „Raise The Sword”. Na uwagę zasługują jego duety z Wilsonem w „The Downfallen: 39 Days Of Madness” oraz z Zachary Stevensem w „Power Within”. Z kolei ten ostatni bryluje samodzielnie w nagraniu „Lidless Eye”. Jest jeszcze utwór śpiewany przez Elayne. To „See Myself In You”. Ale muszę przyznać, że właśnie przez kompletnie nieudane partie wokalne jest to chyba najgorszy fragment tego albumu. Dziwię się, że wokalistka Dunwich mogła aż tak doszczętnie „położyć” ten utwór.

Album „The Akallabeth” to dwanaście muzycznych tematów powiązanych we wspólny koncept, zagranych w dość solidny sposób. Nie ma tu jakichś specjalnych fajerwerków, nie ma też zbyt wielu momentów, które zapierałyby dech w piersiach i jakoś szczególnie zniewalały swoim urokiem. Jednym z wyjątków jest zniewalające solo na klawiszach w utworze numer 9 zatytułowanym „Red Clouds War”. „The Akallabeth” to raczej rzetelne, solidne dzieło, które najlepiej wypada, gdy słucha się go w całości, non stop, za jednym podejściem. Nawiązuje ono jednoznacznie do wielkich epickich prog rockowych opowieści, ale mam wrażenie, że najlepsze czasy dla tego rodzaju form muzycznych już dawno przeminęły. Dlatego raczej nie wróżę tej płycie sukcesu na miarę wakemanowskiej „Wyprawy do wnętrza ziemi”, „Quadrophenii” grupy The Who czy nawet „Into The Electric Castle” Ayreonu.

MLWZ album na 15-lecie