Magnus, Nick - Children Of Another God

Artur Chachlowski,

ImageNick Magnus to muzyk, który przez całą dekadę (w latach 1978-1989) blisko kooperował ze Stevem Hackettem, grając na jego płytach na instrumentach klawiszowych oraz regularnie uczestnicząc w jego trasach koncertowych. Swoją karierę rozpoczynał w popularnej grupie The Enid, a później współpracował jako muzyk sesyjny z takimi artystami, jak Brian May, Bonnie Tyler, Pete Bardens, Chris Rea, Jose Carreras oraz grupy Mungo Jerry i Renaissance.

Ma on w swoim dorobku także cztery płyty solowe, z których ta najnowsza – „Children Of Another God” – ukazała się na rynku w połowie marca. Do jej nagrania Nick zaprosił wielu gości, między innymi braci Steve’a i Johna Hackettów, byłego basistę grupy The Enid, Glenna Tolletta oraz kilku wokalistów: Pete’a Hicksa (pamiętamy go z kilku płyt Steve’a Hacketta), Tony Pattersona (to wokalista tribute bandu o nazwie ReGenesis), Lindę John-Pierre oraz Andy’ego Neve.

Płyta „Children Of Another God” to prawdziwy album koncepcyjny utrzymany w najlepszej tradycji symfonicznego rocka lat 70. Nawiązuje on wprost do wspaniałych dzieł tamtej epoki, a więc na przykład do epickich albumów Ricka Wakemana, a poniekąd także do dwóch wydanych później albumów duetu Nolan-Wakeman (Oliver). Cała płyta posiada swą niezwykłą dramaturgię opartą na bardzo precyzyjnej budowie. Ten album ma swój wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Dziewięć muzycznych tematów, aczkolwiek mogących z powodzeniem istnieć samodzielnie, w perfekcyjny sposób układa się w jedną logiczną całość. Mamy na tym krążku feerię prog rockowych barw i nastrojów, przepięknie rozpisaną na liczne głosy oraz magiczne dźwięki, czy to gitar, fletów i orkiestry (jak w centralnie umieszczonych na płycie utworach „The Colony Is King” i „Crimewave Monkeys”), czy licznych, przecudownych fortepianowych i syntezatorowych pasaży w pozostałych utworach. Na bardzo wysokim poziomie stoją na tym krążku ścieżki wokalne. Wszyscy czterej wokaliści (w tym jedna pani, która w głównej roli występuje tylko w jednym, ale za to jakim, utworze - „The Others”) prezentują się znakomicie, wykorzystując bardzo szeroką paletę różnorodnych środków ekspresji.

Na albumie tym znajdziemy mnóstwo wspaniałych melodii zaklętych w epicko brzmiących utworach (zwracam uwagę na nagranie tytułowe, ale też na „Doctor Prometheus” i „The Colony Of King”), w tematach o piosenkowym charakterze („The Others”, „Babel Tower” – to swoista coda nagrania tytułowego, „Howl The Stars Down”, „Identity Theft”), a także w instrumentalnych kompozycjach i pasażach będących pokazem kunsztu Magnusa (jak na przykład w „Twenty Summers”).

Cała płyta utrzymana jest w spokojnym klimacie, który porównałbym do twórczości Genesis z połowy lat 70., wczesnych solowych płyt Steve’a Hacketta, pierwszych krążków Anthony’ego Phillipsa, Mike’a Rutherforda i Tony Banksa, a poniekąd także do pełnych rozmachu kompozycji formacji The Alan Parsons Project.

Wszystkie utwory zawieszone są w marzycielskim, wysmakowanym klimacie, który wciąga, mami i od pierwszego do ostatniego dźwięku owija słuchacza urokiem swoich dźwięków. Dzięki temu, przez cały czas słucha się tej płyty z niekłamanym zdumieniem (pozytywnym!) i zaciekawieniem (graniczącym z totalnym uzależnieniem się od tej muzyki już od pierwszego przesłuchania).Myślę, że wszyscy sympatycy Genesis, bez zmrużenia okiem, już od pierwszej nuty pokochają tę płytę. Ja jestem pod jej ogromnym wrażeniem. Nie ukrywam, że poruszyła ona we mnie czułą strunę, ten słaby punkt, który rozbraja mnie i kładzie na łopatki, gdy słyszę tak wspaniałe, okołogenesisowskie klimaty przepełnione charakterystycznym patosem i niepozbawione melodyjnego wdzięku.

Wiem już na pewno, że w postaci tego albumu mam kolejnego mocnego kandydata do grona płyt, o których będę na pewno pamiętać w grudniu, dokonując wyboru swoich prog rockowych ulubieńców AD 2010.

MLWZ album na 15-lecie