Argos - Circles

Artur Chachlowski,

ImageChyba nikt inny jak ta niemiecka formacja nie kryje się z tym, że ewidentnie ściąga pewne pomysły z przeszłości muzyki rockowej, a potem próbuje rozwijać i dostosowywać je do wymogów współczesności i wydawać w postaci płyt, na których wyraźnie słychać echa twórczości takich rockowych legend, jak The Beatles, Camel, Pink Floyd, Genesis, Caravan czy Hatfield And The North.

Tak było w przypadku debiutanckiego krążka Argos, gdzie rozmaite muzyczne inspiracje zespołu zostały ujęte w trzyrozdziałowy cykl programowy, tak jest i w przypadku najnowszego albumu Niemców zatytułowanego „Circles”.

O historii zespołu pisaliśmy przy okazji recenzji poprzedniej płyty, dziś wspomnę tylko, że dwaj najważniejsi w nim ludzie - Thomas Klarmann (bg, k, g, v) i Robert Gozon (v, k, g) - wywodzą się z formacji Superdrama. Towarzyszą im perkusista Ulf Jacobs oraz nowy człowiek w zespole – Rico Florczak (g). Album „Cirles” miał być próbą zrobienia kroku do przodu, gdyż muzycy tworzący Argos już nie tylko chcieli wpatrywać się w rockową przeszłość, ale usiłowali nadać granej przez siebie muzyce własną tożsamość i oryginalność.

No właśnie... Usiłowali. Próbowali. Ale nie mam pewności czy jestem w stanie o ich wysiłkach napisać dużo dobrego. Cieplejsze słowa kieruję raczej w stosunku do ich poprzedniej płyty, gdzie swoim utworom nadali pewne oczywiste ramy (poszczególne części tamtej płyty nosiły jednoznaczne tytuły: „Nursed By Giants”, „Canterbury Souls” i „From Liverpool To Outer Space”) i programowo zdefiniowali własne nawiązania do słynnych twórców rockowych sprzed paru dekad. Można było to potraktować jako pewnego rodzaju pastisz, albo mrugnięcie okiem do odbiorcy. I przy takim założeniu było to nawet OK. Ale na nowym krążku, gdzie tych programowych cykli już nie ma, gdzie mgliste inspiracje z przeszłości mieszają się z mdłym ujęciem współczesnych trendów, już tak ciekawie nie jest. Są długie chwile na płycie „Circles” kiedy autentycznie słuchanie muzyki Argos męczy. Choć też są i takie, które dają trochę satysfakcji. Układa się to mniej więcej w proporcjach 4:1, niestety na rzecz tych pierwszych. Nie będę jednak koncentrować się na nich, bo nie wypada. Natomiast co do lepszych fragmentów płyty „Circles”, to niewątpliwie należą do nich: wyciszony „Custody Of The Knave”, utrzymany w duchu twórczości VdGG „The Gatekeeper”, a częściowo i w nieco mniejszym już stopniu „Lines On The Horizon” i „Lost On The Playground”. Na nic zdają się tu partie grane na fletach i saksofonach, nie pomaga też ewidentne epatowanie odbiorcy „zrobionym” pod Petera Hammilla głosem Roberta Gozona…

Bardziej lubię pierwszą płytę grupy Argos. Podobał mi się pomysł na nią. W przypadku nowego krążka nie ma ani pomysłu, ani oryginalności, ani zbyt wielu przyjemnych dla ucha momentów. No, może znajdzie się tu tylko coś dla zatwardziałych fanów marnych podróbek Petera Hammilla. W sumie – wielkie rozczarowanie. Wyraźnie zadziałał tu syndrom drugiej, niezbyt udanej płyty…

www.musearecords.com

 
MLWZ album na 15-lecie