Introitus - Fantasy

Artur Chachlowski,

ImagePostanowiłem, że napiszę o tej płycie jak o nowości. Choć w książeczce widnieje data: 2007. Ale cóż mam  powiedzieć? Jakimś cudem nikt o tym krążku od jego cichej premiery nie wspomniał ani słowem. A od kilku tygodni, gdy album ten gra w moim odtwarzaczu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia z płytą tyleż świetną i ponadczasową, co brzmiącą nad wyraz świeżo. Świeżuteńko.

Zbliża się połowa roku, można więc pokusić się o pierwsze muzyczne podsumowania. Wśród najlepszych tegorocznych wydawnictw zdecydowanie przewodzi Anathema, ale było też kilka innych naprawdę świetnych albumów (Karnataka, Solstice, The Pineapple Thief, Nick Magnus, Unitopia, Asia). Co z debiutantami? Tu wyróżnia się norweski zespół The Windmill ze swoją płytą zatytułowaną „To Be Continued…”, ale ma on poważnego rywala do miana najciekawszego newcomera bieżącego roku. Jest nim szwedzka grupa o nazwie Introitus, która niedawno (czy to możliwe, że od 2007 roku nikt nie słyszał o tej formacji?) objawiła się prog rockowemu światu wydawnictwem zatytułowanym „Fantasy”.

Historia tej grupy sięga jeszcze wczesnych lat 80. Wtedy to chłopak Mats Bender poznał dziewczynę Annę Jobs. Wiadomo: uczucie, ślub, rodzina, gromadka dzieci… Do dzisiaj są szczęśliwym małżeństwem. Szczęśliwym i muzykującym. Traktującym muzykę jako swoje hobby i pasję. Zaszczepiającym miłość do pięknych dźwięków swoim dzieciom. Komponującym, ale głównie do szuflady. Dopiero kilka lat temu Mats i Anna postanowili pod szyldem Introitus zarejestrować swoje dokonania i wydać je na płycie. Album „Fantasy” jest zbiorem takich właśnie powstałych dawno i… niedawno kompozycji. Ale jakie są to kompozycje! Konkretnie siedem kompozycji wypełniających program tej świetnej płyty. Płyty, która imponuje dojrzałością, klimatem, fascynującą melodyką, świetnym brzmieniem oraz niezwykłej wręcz urody partiami wokalnymi i instrumentalnymi.

Mats pisze muzykę i gra na różnych instrumentach, Anna układa słowa i śpiewa. Towarzyszy  im grono instrumentalistów, które na etapie rejestrowania materiału w studiu rozrosło się aż do sześciu osób. Jest w nim dwoje dzieci Matsa i Anny: Mattias (dr) i Johanna (perc), a oprócz nich trzon grupy, którą nazwano Introitus, stanowią jeszcze: Per Danielsson (g) i Peter Wetterberg (bg). Ale na płycie występuje ponadto spora liczba innych muzyków, którzy grają na takich instrumentach, jak wiolonczela i szwedzkie dudy (Stefan Ekedahl), skrzypce (Jobs Karl Larsson, Liselotte Hellstrom, Staffan Rasmusson), saksofon (Tony Fritzon) i flet (Matilda Kock). Mało tego, na płycie „Fantasy” wielokrotnie słychać kapitalne partie wykonywane na klawesynie, dzwonach rurowych, fortepianie, akordeonie i mnóstwie, mnóstwie innych instrumentów (to Mats Bender) i myślę, że już tylko czytając wykaz tego przebogatego instrumentarium, z łatwością można wyrobić sobie zdanie na temat granej przez Introitus muzyki.

A jest ona doprawdy niezwykła. Zachwycająca. Epicka. Urzekająca od pierwszej do siedemdziesiątej drugiej minuty. Dawno czegoś równie dobrego, zagranego z takim rozmachem, swobodą i polotem nie słyszałem.

Album rozpoczyna się od instrumentalnej kompozycji zatytułowanej, nomen omen, „Genesis”. I choć utwór ten rozpoczyna się niczym Pink Floyd, a w finałowej części rozbrzmiewa fantastyczna partia zagrana na skrzypcach, to właśnie ulotny duch muzyki grupy Genesis przez cały czas unosi się w powietrzu tego siedmiominutowego intro.

Utwór „Child” to pochwała dzieci, pieśń z niezwykle silnym emocjonalnym przesłaniem („I will catch you if you fall”), a zarazem chyba najbardziej melodyjny kawałek na płycie. I ten wspaniale brzmiący akordeon… Zazwyczaj ten instrument potrafi mnie drażnić jak nie wiem co (no chyba, że odzywa się w piosenkach z cyklu „pod dachami Paryża”), a tu aż prosi się, by nie przestawał grać. Coś pięknego. A sam utwór ze swoim fenomenalnym refrenem, to –póki co - mój przebój nr 1 bieżącego roku.

O palmę pierwszeństwa rywalizuje z nim jednak blisko dziesięciominutowe nagranie „Ghost”. Tu już pełną parą odzywa się echo muzyki Genesis (tak około końca lat 70.), a w genialnym, podkreślam: genialnym, przepełnionym „gęstymi” dźwiękami, wielopiętrowym refrenie dzieje się tyle, że nie sposób tego oddać słowami. Tego po prostu trzeba posłuchać. Posłuchać i przeżyć. Bo to muzyka do przeżywania. Do zachwycania się i do poddania się jej pięknu. Pięknu, do opisania którego najzwyczajniej w świecie  brakuje słów.

Gdyby ktoś pomyślał, że Introitus „wystrzelał się” ze wszystkiego, co ma najlepsze na samym początku płyty i nie ma już po tych trzech utworach nic więcej do powiedzenia, ten jest w grubym błędzie. Bo teraz rozpoczyna się najważniejsza i najdłuższa kompozycja na płycie: tytułowa suita, która trwa - uwaga uwaga - 26 minut!!! To pięcioczęściowe nagranie, które, gdyby wydane było osobno, już zasługiwałoby na miano arcydzieła. A tu, w otoczeniu sześciu pozostałych pereł, lśni wśród nich niczym brylant w drogocennej oprawie. No właśnie, brylant… Po części suita „Fantasy” przypomina mi pinkfloydowski klasyk „Shine On You Crazy Diamond”. Też rozwija się wolno, miarowo i płynnie. Ale więcej tu zmian tempa i zaskakujących raz po raz klimatów. To nagle melodię pociągnie saksofonowe solo, to niespodziewanie odezwą się dudy grające celtyckiego marsza, to rozlega się dźwiękowe szaleństwo z dzwonami rurowymi w tle, to nagle nastrój złamany jest szumem morskich fal, na tle których akustyczne gitary na zmianę wiolonczelą budują chwytający za serce liryczny nastrój… Ilekroć słucham tego właśnie fragmentu, wywołuje on u mnie przyjemne mrowienie na plecach. I z tego błogiego letargu nagle wywoływuje nas niewinny głos dziecka: „This is my world of fantasy”. A jest to już 19. minuta tego utworu. I po tych wszystkich instrumentalnych szaleństwach, dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwy festiwal introitusowego grania i śpiewania. I poprzez swoje przecudowne meandry i rozliczne zawiłości kompozycja ta zmierza do fenomenalnego, chóralnego (znowu ciarki na plecach!) finału. Co za nagranie!

Bezpośrednio po suicie „Fantasy” mamy długą instrumentalną kompozycję „Crossroads”. Być może nie ma ona w sobie aż tak wielkiego ciężaru gatunkowego jak poprzedzające ją utwory, ale… No właśnie, słucha się jej po prostu rewelacyjnie. Najpierw, za sprawą skrzypiec, królują w niej celtyckie klimaty, lecz w miarę upływu czasu nagranie to ewoluuje w stronę mocarnego prog rocka, w którym można doszukać się ech „Unquiet Slumbers For The Sleepers…” (Genesis), „Horizons” (Jon & Vangelis) czy… dancowego beatu w stylu Pet Shop Boys. Powiecie, że rozrzut przeogromny? A ja Wam powiem: posłuchajcie uważnie. Tu wszystko ma swój sens, swoją kolejność i swoją niezaprzeczalną logikę. Bo muzyka grupy Introitus nie tylko w tym kawałku, jest poukładana i przemyślana od A do Z.

Świadczy o tym kolejna kompozycja, „Here And Now”. To pieśń o groźnych żywiołach (m.in. o tragicznym tsunami z 2004 roku) i o tym, jak ważna jest umiejętność cieszenia się życiem, korzystania z chwili. Muzyczna afirmacja życia. Utrzymana w spokojnym, by nie rzec, pełnym zadumy nastroju. Nastroju, który kreowany jest przez delikatne dźwięki fortepianu, miłe uszom orkiestracje, flety i skrzypce. Nie zapominajmy też trafiającym do serca, przyjemnym śpiewie Anny Jobs. Ta kobieta potrafi śpiewać!

Na sam koniec zespół Introitus zostawił utwór zatytułowany „Magical Moment”, który brzmi, jakby wyjęty był z którejś ze starych płyt grupy Renaissance. Pomiędzy dwie dość żywiołowe, piosenkowe części, które rozpoczynają i kończą to nagranie, wciśnięta jest porywająca sekwencja instrumentalna, która – jakże by inaczej – po prostu ścina z nóg, wciska w fotel i otwiera słuchaczowi usta ze zdumienia. Powala. W bardzo pozytywny sposób. Jak zresztą i cała płyta. Jak cała muzyka tego zespołu. „Magical Moment” to rzecz godna finału tego niezwykłego i jakże pięknego  albumu.

Z reguły staram się nie używać górnolotnych ocen, ale w przypadku płyty „Fantasy” nie boję się tego określenia: to album genialny. Perfekcyjna płyta. Wydarzenie. Najpierw myślałem, że Introitus będzie jednym z kandydatów do tytułu „największego objawienia 2010 roku”, ale teraz czuję, że po sześciu miesiącach bieżącego roku „We’re Here Because We’re Here” Anathemy ma mocnego rywala do miana „płyty roku”. I może mu zagrozić chyba tylko zapowiadany przez Introitus jeszcze na ten rok nowy album, który będzie nosić tytuł „Elements”…

MLWZ album na 15-lecie