This Misery Garden - Another Great Day On Earth

Przemysław Stochmal,

ImageJeszcze jesienią ubiegłego roku swoim debiutanckim krążkiem zasiliła katalog wytwórni ProgRock Records szwajcarska grupa This Misery Garden. Album zatytułowany „Another Great Day On Earth” przy wyrywkowym odsłuchu zapowiada się dość zachęcająco, jednak płyta jako całość jest dowodem, że genewski zespół przy jakkolwiek dużych muzycznych ambicjach, dopuścił się niestety grzechu często popełnianego przez debiutantów – nagrał zdecydowanie za długi album. Stwierdzenie takie w przypadku „Another Great Day on Earth” jest o tyle bardziej dotkliwe, że czas trwania płyty nie sięga, jak można by początkowo sądzić, limitu przeznaczonego dla płyt kompaktowych – całość trwa bowiem niewiele ponad godzinę.

Zaczyna się jednak nieźle – od początku płyty słuchacz obcuje z muzycznym światem bliskim ostatnim dokonaniom Fates Warning.  Nieskomplikowane riffy „sucho” brzmiącej gitary elektrycznej przywodzą na myśl charakterystyczny styl Jima Matheosa, wrażenie stylistycznej bliskości This Misery Garden z muzyką Amerykanów nasila się zaś wraz z upływem następujących po sobie nagrań, na co nie bez wpływu pozostaje sposób gry perkusisty tu i ówdzie mogący przywoływać skojarzenia z bębnieniem Marka Zondera. Całości brzmienia szwajcarskiego zespołu dopełnia monotonny i na ogół mdławy głos wokalisty, gdzieniegdzie delikatnie zbliżający się do subtelniejszej odsłony wokalu Maynarda Jamesa Keenana (zwłaszcza z nagrań A Perfect Circle), jedynie miejscami zaś zdolny do bardziej odważnych, „pikantniejszych” rockowych partii („Force Feed”, „On the Edge”). Choć pierwszych trzech-czterech utworów z „Another Great Day on Earth” słucha się całkiem dobrze, a zwłaszcza najciekawszego w tym gronie „Rejection Song”, to reszta albumu, poza wspomnianym energetycznym, najostrzejszym na płycie „On the Edge”, nie przynosi zupełnie niczego nowego. Przy wymiernym udziale jednostajnego sposobu śpiewania wokalisty muzyka ta dość szybko przestaje absorbować, a pod sam koniec wręcz nuży.

Szkoda, że po dość obiecującym początku, który przywoływał skojarzenia z muzyką Fates Warning, a poniekąd również i innych amerykańskich grup, jak Tiles czy Enchant, zespół ze Szwajcarii nie odważył się na bardziej kreatywną eksploatację własnego pomysłu na muzykę i w konsekwencji przedstawił zbiór czternastu niezbyt długich kompozycji sprawiających wrażenie, jakby nawzajem powielały one wykorzystywane w swoich ramach rozwiązania. A w związku z powyższym natomiast szkoda, że z owych czternastu kompozycji Szwajcarzy nie wyselekcjonowali potencjalnie najlepszego zestawu utworów. Z pewnością wówczas debiut This Misery Garden wypadłby korzystniej, nie pozostawiając przykrego wrażenia płyty, która mogłaby być o połowę krótsza.

  
MLWZ album na 15-lecie