LaBrie, James - Static Impulse

Aleksander Gruszczyński,

ImageNigdy nie byłem fanem Dream Theater i nie spodziewałem się, że solowa płyta Jamesa LaBrie cokolwiek zmieni w tym względzie. I miałem rację, to po prostu nie jest mój typ muzyki. Tym niemniej im więcej słuchałem „Static Impulse”, tym bardziej się do tego albumu przekonywałem.

Wszystko zaczyna się od dość tradycyjnego, ciężkiego grania, w postaci utworu „One More Time”. Od początku słychać, że James LaBrie dobrał sobie muzyków dobrze znających się na rzeczy. Poza wokalistą Dream Theater na płycie grają również Matt Guillory na klawiszach, Peter Wildoer na perkusji, Marco Sfogli na gitarze i Ray Riendeau na basie. I muszę przyznać, że ci panowie dają sobie świetnie radę. „One More Time” wprowadza słuchacza w nastrój, który cała płyta będzie kontynuować. Chociażby następny utwór „Jekyll Or Hyde”, na którym wokalnie udziela się nie tylko James LaBrie ale także, w partiach bardziej metalowych, Peter Wildoer. Trzeci utwór, „Mislead”, zaczyna się od ciekawego wstępu klawiszowego, który przechodzi w nieco mniej interesujące przesterowane gitary. I gdy już wydaje się, że utwór niczym nie zaskoczy, pojawia się efektowne solo na gitarze. Zresztą nie jedyne na całym „Static Impulse”.

„Euphoric”, czwarta kompozycja na płycie jest chyba moją ulubioną. Przede wszystkim mało na nim śpiewu Petera Wildoera, który mi akurat przeszkadza, za to jest dużo progresywnego grania. Zarówno gitara nie jest wściekle przesterowana, jak i klawisze nie giną w kakofonii krzyczących  strun. Najmniej metalowy a najbardziej progresywny utwór na płycie. Równie progresywnie brzmi „Over The Edge”. W warstwie wokalnej przypomina mi trochę dokonania grupy IQ, w warstwie muzycznej znacznie bliżej mu jednak do macierzystego zespołu Jamesa LaBrie, czy nawet do grupy Opeth, z którą ta płyta też ma związek, bo jej miksowaniem i masteringiem zajmował się Jens Borgen, realizator właśnie m.in. Opeth i Katatonii.

W dość znacznej opozycji do dwóch poprzednich utworów, stoi numer 6 na płycie, czyli „I Need You”. Zdecydowanie cięższe brzmienie, powrót do wykrzykiwanych przez Petera Wildoera fraz wokalu i do ostro brzmiących gitary i basu. Dla mnie utwór ratują spokojniejsze fragmenty i efektowne solówki, jednak innym mogą one przeszkadzać. Jeszcze cięższym utworem jest „Who You Think I Am”. Ten w ogóle do mnie nie przemawia, ale muszę docenić jego oryginalność. Nie jest to typowa ciężka sieczka, tak często obecnie niestety spotykana, ale naprawdę solidny kawałek muzyki. Zresztą wszystkie utwory na „Static Impulse” prezentują dobry, dość wysoki poziom. Chociażby takie „I Tried”, które zaczyna się jak utwór Dream Theater, a w pewnym momencie zaczyna brzmieć niemal jak najnowsza płyta grupy Mystery. Naprawdę fantastyczne połączenie.

„Just Watch Me” zaczyna się zaskakująco spokojnie, ale szybko wraca do ciężkiego grania. Ale tylko na chwilę, bo te wstawki cięższe, gitarowe, przeplatane są z fragmentami spokojnymi, gdzie prym wiodą klawisze i wokal. Na „This Is War”, dziesiątym utworze na albumie, od początku jest inaczej. Od początku słychać wojnę. To chyba najbardziej metalowy utwór na płycie, i dla mnie najsłabszy. Ale nie można powiedzieć, że słaby. Z kolei jedenastka na płycie, „Superstar”, brzmi najbardziej odtwórczo. Słuchając go, mam wrażenie, że to już było wiele razy. Tylko, że tym razem jest lepiej zagrane. Ten utwór chyba najlepiej podkreśla umiejętności muzyków wybranych przez Jamesa LaBrie. A cały album kończy kompozycja „Coming Home”, zaczynająca się trochę tak, jakby nagrał ją Chris Rea. Przyznam, że jest to znakomite zakończenie dla „Static Impulse”, zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej. „Coming Home” to zdecydowanie najspokojnejszy utwór na płycie. Kolejny mój faworyt do numeru jeden.

A cała płyta? Trzyma solidny, wysoki poziom i myślę, że spełni oczekiwania fanów. Na pewno dla fanów jest to pozycja obowiązkowa, ale również ci, którzy nie przepadają za tego typu muzyką powinni posłuchać „Static Impulse”, bo naprawdę warto.

MLWZ album na 15-lecie