LaBrie, James - Static Impulse

Przemysław Stochmal,

ImageTo nie tajemnica, że odpowiedzialność wokalisty Dream Theater za komponowanie materiału na albumy tej amerykańskiej grupy jest właściwie symboliczna. Nie znaczy to jednak, że James LaBrie to obdarzony niezwykle rozpoznawalnym głosem wokalista pozbawiony inklinacji kompozytorskich. W przeciwieństwie do większości kolegów z Teatru Marzeń, LaBrie co jakiś czas stara się obdarzać swoich sympatyków albumami solowymi i choć w przypadku żadnej z tych płyt nie krył się z tym, że ogromne wsparcie kompozytorskie stanowi dla niego znany z zespołu Dali’s Dilemma Matt Guillory, to jednak raz na kilka lat pojawiają się płyty, na których dowodzący teamem uzdolnionych muzyków James LaBrie śpiewa piosenki w pewnym stopniu będące jego autorskim produktem. Na koniec września przewidziana jest premiera kolejnego, czwartego już w dorobku wokalisty albumu solowego.

„Static Impulse”, bo tak zatytułowany został ten album, jest co prawda kolejnym w dorobku artysty zestawem prostych piosenek, odbiegających od kompleksowych rozwiązań kompozycyjnych znanych z płyt Dream Theater, jednak tym razem LaBrie w nieco inny sposób podszedł do tworzenia solowego dzieła. O ile bowiem wcześniejsze albumy sygnowane nazwiskiem wokalisty lub pseudonimem Mullmuzzler stanowiły na ogół wyważone zestawy ostrzejszych i łagodniejszych kompozycji, o tyle „Static Impulse” został pomyślany jako płyta jak najbardziej metalowa. Tak zatem od samego początku aż do przedostatniego utworu (w finale mamy bowiem elegancką balladę) materiał z nowego albumu Jamesa LaBrie nie oszczędza słuchacza – jest rzeczywiście ostro, miejscami bardzo ostro – aby dodać jeszcze nieco pikanterii tej wyjątkowo intensywnej jak na samego LaBrie muzyce, zdecydowano się na zatrudnienie następcy zasiadającego dotąd za bębnami Mike’a Manginiego – Szwed Peter Wildoer odpowiedzialny jest na płycie nie tylko za bębnienie, ale i za growling, na który znalazło się miejsce aż w połowie wypełniających album utworów. Zabieg ten, być może nieco zainspirowany coraz częściej pojawiającymi się na płytach Dream Theater growlingowymi próbami Mike’a Portnoya, w dwóch-trzech najbardziej „rozpędzonych” utworach brzmi dość przekonująco, natomiast stosowany właściwie w co drugim utworze z albumu niekiedy tworzy raczej groteskowy efekt, co zdecydowanie nie było zamiarem kompozytorów.

Wbrew temu dosyć znacznemu udziałowi growlingu (zwłaszcza jak na solowy album rasowego wokalisty!), piosenki na „Static Impulse” aż kipią wpadającymi w ucho melodiami. Co ciekawe, linie wokalu, zapewne napisane wespół przez LaBrie i Guillory, zdecydowanie korzystniej, w sensie melodyjności, wypadają w stosunku do ostatnich prób stworzenia przeboju przez Johna Petrucci’ego – większość piosenek zawartych na „Static Impulse” przewyższa przynajmniej w tym aspekcie przebojowości takie utwory, jak „A Rite of Passage”, czy „Wither”. Instrumentalna strona płyty również jest bardzo solidna - perkusista poza eksploatowaniem gardła faktycznie bardzo zręcznie radzi sobie przy perkusji, zaś włoski gitarzysta Marco Sfogli po raz drugi na płycie Jamesa LaBrie fantastycznie prezentuje swoje niebagatelne umiejętności. Proste utwory wypełniające album rzecz jasna stronią od typowych muzycznych „łamigłówek” stosowanych w Dream Theater, ale nie potrzeba wielce wprawnego ucha, by odnaleźć na „Static Impulse” reminiscencje pewnych prostszych rozwiązań charakterystycznych dla macierzystego zespołu Jamesa LaBrie, znanych z takich utworów jak „War Inside My Head”, „These Walls”, czy „Forsaken”.

Z pewnością znalazłoby się spore grono złośliwców wysnuwających wniosek, że gdyby Dream Theater kiedyś poszedł drogą wielu klasyków rocka progresywnego, którzy w latach 80. zaczęli komponować muzykę sprzyjającą rozgłośniom radiowym, to brzmiałby jak solowy James LaBrie. Niemniej jednak „Static Impulse” nie jest absolutnie czymś w rodzaju „karykatury Dream Theater”, jak pewnie chcieliby niektórzy, ale solidną, melodyjną metalową płytą, choć może nieco zbyt jednostajną stylistycznie. Ponadto jest dowodem wciąż niesłabnącej aktywności artystycznej Jamesa LaBrie, a przy okazji również może być przyczynkiem do zadania pytania – czy kiedykolwiek doczekamy się solowej płyty jeszcze bardziej aktywnego, choć na razie nie posiadającego w swej dyskografii żadnego solowego dzieła, Mike’a Portnoya?

MLWZ album na 15-lecie