D Project

Flow, The - No Guarantees

Artur Chachlowski,

ImageDzisiaj coś dla miłośników dobrych, pamiętających lata 70., rockowych klimatów. Holenderskiej grupy The Flow nie sposób zaliczyć do młodej gwardii neoprogresywnych wykonawców, z której od lat słynie Kraj Tulipanów. Słynie on także z bogatego warsztatu młodych twórców i niezłej jakości produkowanej w nim muzyki. I tak właśnie jest z The Flow. Omawiając album „No Guarantees” trzeba stwierdzić, iż prog rock to z pewnością nie jest, ale za to jest to utrzymany na wysokim poziomie rock z licznymi bluesowymi wycieczkami w stronę amerykańskiego Południa.

Znacie grupy Nickelback, Allman Brothers czy Gov’t Mule? To już wiecie po jakich rejonach się poruszamy. Holendrzy, aczkolwiek deklarują, że ich twórczość czerpie z przeróżnych inspiracji, tak jak i oni wywodzą się z grup grających rożną muzykę (zauważyłem, że na przykład basista Jacques Suurmond grał kiedyś na płycie „The First Run” (1994) neoprogresywnej formacji o nazwie Marathon), to zdecydowanie gustują w hard rockowym, dość tradycyjnie brzmiącym graniu.

I tak właściwie jest przez większość tej niezbyt długiej (niespełna 42 minuty) płyty. The Flow gra rzetelne, oparte na gitarowych riffach, piosenki (w roli głównej na płycie „No Guarantees” występuje śpiewający gitarzysta Marten Jan Rerink), którym z jednej strony nie można nic zarzucić, a z drugiej – jakoś mimo wszystko nie porywają. I tak jest mniej więcej przez trzy pierwsze ćwiartki płyty. No, może jedynie obdarzone bardzo melodyjnym refrenem nagranie „Feel Them” potrafi wyróżnić się na tle innych.

Mniej więcej w połowie albumu znajduje się utwór „Start Bleeding”, który jako przykład wyjątkowo dobrze zagranej melodyjnej piosenki rockowej może zwrócić na siebie uwagę wytrawnego odbiorcy. Ale aż do ósmego na płycie utworu muzyka tego holenderskiego zespołu  nie wylatuje powyżej pewnego, bliskiemu przeciętności, poziomu. Za to trzy ostatnie piosenki na płycie to już jest to, na co warto czekać prawie pół godziny. Otóż, dosyć dynamiczny „Feel Alive”, akustyczny „Without You” oraz finałowy „Now” to utwory, przy słuchaniu których ręce same składają się do oklasków. Te trzy nagrania to kwintesencja możliwości członków zespołu i szkoda, że tylko w finale albumu potrafili się wznieść na takie wyżyny. Miejmy nadzieję, że na swoim następnym krążku będą zdecydowanie równać w górę…

Gwoli kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że ostatni z wymienionych przed chwila utworów („Now”) to cover kompozycji z repertuaru Nektar. Zagrany naprawdę z dobrym smakiem i dużym wyczuciem.

Tak więc, muzycy z grupy The Flow swoim krążkiem „No Guarantees” podtrzymali opinię, że Holandia staje się prawdziwą kuźnią naprawdę niezłej muzyki i że z trudnych do określenia przyczyn, z ich ojczyzny regularnie docierają do nas albumy utrzymane na niesamowicie wysokim poziomie produkcyjno-realizacyjnym.

Na koniec przypominam, że The Flow nie gra czystego neoprogu. Grupa wpisuje się w stylistykę gitarowego rocka z delikatnym posmakiem amerykańskiego bluesa. Gra po prostu dobrą muzykę. Niewątpliwie na płytę „No Guarantees”, jak i na sam zespół warto zwrócić uwagę.

MLWZ album na 15-lecie