D Project

Minasian, David - Random Acts Of Beauty

Artur Chachlowski,

ImageZdaję sobie sprawę, że „Random Acts Of Beauty” to album wcale nie wybitny. Chwilami wydaje się wręcz zbyt „cukierkowy” i zbyt nachalnie czerpiący z dokonań klasyków art rockowego gatunku. Często zbyt czytelny i zbyt przewidywalny. Ale z jednego względu będzie to – wiem to na pewno – jedna z najważniejszych płyt, które ukazują się na rynku w 2010 roku. Szczególnie dla fanów grupy Camel, a konkretnie sympatyków twórczości jej lidera.

Otóż w utworze „Masquerade”, który otwiera to wydawnictwo, gościnnie, po wielu latach muzycznego milczenia spowodowanych ciężką chorobą, wystąpił Andy Latimer upiększając to nagranie swoją absolutnie piękną gitarową solówką. Zagraną w przejmujący i dostojny sposób. W taki, jak to tylko on potrafi. Mało tego, w utworze tym słychać też wokal Latimera, który w końcowej części utworu śpiewa swoim zmęczonym głosem kilka linijek tekstu.

Już dla tego jednego powodu, dla tego jednego utworu warto zwrócić uwagę na płytę „Random Acts Of Beauty”. Ale, by być sprawiedliwym, należy podkreślić, że nie na tej jednej kompozycji kończy się to wydawnictwo. Na jego program składa się bowiem siedem utworów (trzy z nich to instrumentalne kompozycje) utrzymanych w efektownie brzmiącym stylu pełnym bogatych partii instrumentów klawiszowych i orkiestracji, cudownych gitarowych solówek oraz z mnóstwem autentycznie pięknych melodii. Cały album zawieszony jest w najlepszej tradycji symfonicznego rocka spod znaku grup Barclay James Harvest, wczesnego Genesis i King Crimson, klasycznych płyt The Moody Blues, a nade wszystko, co oczywiste, grupy Camel.

Dlaczego oczywiste? Bo autor tej płyty, kompozytor tych pięknych melodii, artysta odpowiedzialny za te pastelowo brzmiące orkiestracje, a także za partie perkusji, basu, instrumentów klawiszowych oraz za główne linie wokalne, niejaki David Minasian (instrumentalnie wspomagają go na tej płycie jego syn Justin na gitarze oraz Guy Pettet na perkusji), to wielki fan i przyjaciel popularnego Wielbłąda. Płyta „Random Acts Of Beauty” nie jest jego debiutem płytowym (ma on w swoim dorobku płytę „Tales Of Heroes And Lovers” wydaną… ćwierć wieku temu), co o tyle zastanawia, że z zawodu jest on reżyserem filmowym, działającym od czasu do czasu w muzycznym biznesie jako autor teledysków i muzyki do filmów. Ma on także w swoim dorobku prace nad filmowaniem koncertów rockowych. Wyreżyserował on między innymi pamiętny kalifornijski występ grupy Camel wydany na płycie DVD „Coming Of Age”.

Płyta „Random Acts Of Beauty” jest bardzo klimatyczna i aż kipi od pięknych melodii, soczystych partii gitar i wszechobecnych syntezatorowo-orkiestrowych dźwięków. Utrzymana jest w klimacie lat 70., co często podkreślane jest licznymi partiami melotronu, a artystyczne zacięcie autora eksplikowane jest częstym wykorzystywaniem takich instrumentów jak klawesyn, harfa, gitary akustyczne i fortepiany. Nadaje to całości bardzo szlachetnego, symfonicznego wręcz, brzmienia. Fakt, że Minasian pracuje od lat w przemyśle filmowym znajduje odzwierciedlenie w tym, że niektóre kompozycje mają wybitnie ilustracyjny charakter. Tak jest na przykład w „Storming The Castle” czy najdłuższym na płycie, trwającym blisko kwadrans, utworze „Frozen In Time”. To prawdziwy instrumentalny epik, nad którym David rozpoczął pracę ponad 30 lat temu. Inny, też bardzo przyjemny instrumental, „Dark Waters”, dedykowany jest wprost Andy’emu Latimerowi i jego życiowej partnerce Susan Hoover.

Dobre wrażenie robią też kompozycje, w których słychać śpiew Minasiana. Nie jest on wybitnym wokalistą, ale ciepła barwa jego głosu dobrze współbrzmi z bogatym symfonicznym instrumentarium. O otwierającym płytę nagraniu z udziałem Latimera, „Masquerade”, już wspomniałem. To zdecydowanie najlepszy i najważniejszy fragment tego wydawnictwa. Ale przecież takie utwory, jak „Chambermaid”, „Blue Rain” czy przeuroczy „Summer’s End” też robią dobre wrażenie.

Bardzo ciekawy to album. To nic, że – jak napisałem we wstępie – dosyć przewidywalny i nieodkrywczy. Co z tego, że nie znając poszczególnych kompozycji można z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem przewidywać, że akurat w danej chwili nastąpi gitarowe solo, po którym odezwie się orkiestra, a wszystko to osadzone będzie w pastelowej, dźwiękowej plamie zagranej na moogu? „Random Acts Of Beauty” to bardzo ważna płyta. Wspaniale zakotwiczona w art rockowych klimatach lat 70. i w przemyślany sposób sięgająca po najlepsze wzorce z klasyki gatunku.

Ale to wszystko nic. Najważniejsze, że po ośmiu latach pokazał się na niej sam mistrz Andy. Jego obecność, ba, jego cudowna gra w utworze „Masquarade”, budzi ogromne nadzieje na nowy krążek grupy Camel, którego, jak większość miłośników talentu Andy Latimera, nie mogę się już doczekać…

www.progrockrecords.com

MLWZ album na 15-lecie