Mano-Vega - Nel Mezzo

Artur Chachlowski,

ImageNo cóż ja mogę powiedzieć o płycie „Nel Mezzo” grupy Mano-Vega? O jej eksperymentalnej, przesyconej elektroniką muzyce, o koncepcie, który wypełnia ten album, o śpiewanych, a częściej raczej szeptanych czy wykrzykiwanych frazach, o całym tym 49-minutowym zestawie? Niewiele. A już na pewno niewiele dobrego. Nawet o tekstach utworów też nie potrafię nic konkretnie napisać, gdyż wykonywane są one po włosku. A sympatycznego języka Włochów nie znam i nie rozumiem.

Dlaczego więc zasiadam do recenzji tego albumu, który jakkolwiek by go nie oceniać, nawet ciągnięty za uszy, nie zmieściłby się w szeroko rozumianej i propagowanej przez MLWZ.PL progresywno-rockowej stylistyce? Ano dlatego, że znalazłem na nim pewien punkt zahaczenia, który – przy odrobinie dobrej woli – pozwala na przynajmniej jednokrotne uważne wsłuchanie się w tę płytę? Pozwala na próbę. Na danie szansy. O jaki punkt zaczepienia chodzi? O tym za chwilę.

Grupa Mano-Vega działa pod kierownictwem Valerio D’Anna, który gra na instrumentach klawiszowych, programuje komputery, a także udziela się wokalnie. Wspomagają go dwaj panowie: Giovanni Macioce (g) i Lorenzo Mantova (bg). Gdy występują na żywo, a podobno zdarza im się to dość często, na scenie towarzyszy im perkusista Andrea Scala.

Ich muzyka to konglomerat przedziwnych elektronicznych dźwięków, zagranych na ostrą, postpunkową nutę. Słuchane tej płyty dla nieprzygotowanego słuchacza może zakończyć się nie lada traumą. Sam tego niedawno doświadczyłem, gdy nieświadomy niczego, nastawiłem ją sobie do poduszki, na „dobranoc”. Pierwszych kilka minut nie dawało mi spokoju. Sen zamiast nadchodzić, odszedł w nieznane. Po jakichś 20 minutach przewracania się z boku na bok, wyłączyłem w końcu tę muzykę i zapodałem coś bardziej relaksacyjnego i uspakającego moje skołatane nerwy. Pomimo zmęczenia i późnej pory, sen nadal nie nadchodził. W uszach brzęczała mi wciąż muzyka Mano-Vega. I to nie dlatego, że jakoś pozytywnie zapadła mi w pamięć i zaintrygowała, a raczej wdarła się gdzieś w głębokie otchłanie mózgu i uparcie wierciła w nim dziurę. Nie dawała spokoju. Wyciągam stąd wniosek, że jednak płyta „Nel Mezzo” to rzecz, wobec której nie sposób przejść obojętnie.

Dopiero następnego ranka włączyłem sobie ten album i spokojnie, o ile to dobre słowo, bo spokoju w trakcie słuchania było mało, przesłuchałem go sobie od początku do końca. I co? I wysnuła mi się taka oto konkluzja: nawet, jeżeli nie do końca rozumiem tego całego elektroniczno-alternatywnego rozgardiaszu, jaki Mano-Vega serwuje nam na „Nel Mezzo”, nawet jeżeli futurystyczna wizja prog rocka w wydaniu tej grupy zupełnie nie trafiła na podatny grunt mojej wyobraźni, to długimi chwilami opisywany dziś przeze mnie i wiercący mi dziurę w głowie album skojarzył mi się z… Genesis. No może, nie z całym dorobkiem tej zasłużonej formacji, ale z jednym utworem. Konkretnie z „Who Dunnit” z pamiętnego „Abacaba”. Pomnóżmy czas trwania tego osobliwego w dorobku Genesis nagrania przez 10, a wynik tej operacji będzie przypominać ilość muzyki, która wypełnia płytę „Nel Mezzo”.

MLWZ album na 15-lecie