Introitus - Elements

Artur Chachlowski,

ImageWydaje mi się, że w trakcie ostatniego tygodnia przesłuchałem już tę płytę na tyle dobrze, że znajomość muzyki stanowiącej jej program upoważnia mnie do tego, bym wyraził miarodajną opinię na jej temat. Od razu powiem, że wyrobienie sobie zdania o nowych produkcjach zespołu Introitus nie jest łatwą sztuką. Łatwiej pobłądzić, zgubić się gdzieś na meandrach tej muzyki, wpłynąć na mieliznę i wygenerować nie do końca przemyślany osąd...

O moim entuzjastycznym podejściu do dokonań grupy Introitus, Czytelnicy i Słuchacze MLWZ wiedzą nie od dziś, chociażby z wielokrotnych prezentacji na antenie Radia Alfa oraz recenzji debiutanckiego krążka „Fantasy”. Po uważnym wysłuchaniu nowego albumu podtrzymuję wszystkie dobre słowa, jakie o nim napisałem. Wydana 21 marca płyta „Elements” jest jak promyk wiosny, jak radosny słoneczny dzień zwiastujący lepsze dni. Dotarła ona do mnie dokładnie w dniu swojej premiery. Czyż można sobie wyobrazić lepszy początek najbardziej optymistycznej pory roku? Chyba nie. Bo „Elements” to płyta wspaniała. Dojrzała. I jeszcze bardziej przemyślana, wycyzelowana i „dorosła” niż jej poprzedniczka. Choć zaznaczę też od razu, byś drogi Czytelniku, nie pomyślał, że reszta tego tekstu będzie pisana „na kolanach”, że pomimo swojej całej dojrzałości, album „Elements” nie robi aż tak dobrego wrażenia jak „Fantasy”.

Zniknęła gdzieś romantyczna natura muzyki tego zespołu. Produkcja – bez zarzutu. Kompozycje – mucha nie siada. Techniczna jakość wykonania – brak zastrzeżeń. Poszczególne utwory – długie, złożone, takie jak „prog rockowe” tygrysy kochają najbardziej. Interpretacje - mistrzowskie. Co zatem sprawiło, że nowy album Szwedów nie wstrząsnął mną aż tak bardzo, jak „Fantasy”? Myślę, że zniknął element zaskoczenia i niespodzianki. Poza tym poprzednią płytą Szwedzi zawiesili poprzeczkę naprawdę wysoko. Odarta ze swojej młodzieńczej romantyczności płyta „nie wchodzi” tak szybko, jak chociażby pamiętne tematy „Child”, „Ghost” czy „Fantasy” z płytowego debiutu. Na nowej płycie jest jeden autentyczny „killer” – 17-minutowe nagranie „Soulprint”. To doskonały reprezentant „skandynawskiej szkoły progresywnego rocka”. Już dla niego samego warto sięgnąć po ten krążek i już dzięki temu jednemu z jego „elementów” z czystym sumieniem można nazwać go „interesującym”. A przecież jest jeszcze wartość dodana w postaci pozostałych kompozycji. O ile jednak o utworze „Soulprint”, z całą jego wielowarstwowością, rozmachem oraz doskonałą syntezą melodyjności i muzycznego patosu, można mówić w samych superlatywach i śmiało uznać go za najlepszy z przykładów współczesnego symfonicznego rocka, to mam spore wątpliwości, czy podobne peany można wygłaszać pod adresem pozostałych nagrań na tej płycie.

Warto zauważyć, że brzmienie Introitusa na „Elements” stało się jakby odrobinę cięższe, kompozycje są jakby trochę bardziej zawiłe, a sama konstrukcja płyty – o której kilka słów za chwilę – jakoś nie wzmacnia dramaturgii, a wręcz przeciwnie – powoduje lekkie „rozmazanie” klimatu panującego na tym, było nie było, długim, bo 66-minutowym albumie. Jak można się domyślić, główną jego osią są rozbudowane utwory o złożonych strukturach. Jest ich pięć: wielowątkowy „The Hand That Feeds You” (14:18), pogodny i najbardziej „piosenkowy” „Like Always” (8:22), instrumentalny „Restless” (8:14), epicki „Dreamscape” (11:48) oraz wspomniana już autentyczna muzyczna perła nad perłami – „Soulprint” (17:02). Pomiędzy nie powplatane są instrumentalne miniaturki, z których każda trwa niespełna 2 minuty. Zabieg to dość podobny do patentu zastosowanego choćby przez grupę Arena na jej dwóch pierwszych płytach, niemniej jednak w wydaniu Introitusa żaden z tych czterech minitematów, będących ilustracją któregoś z żywiołów („Earth”, „Wind”, „Fire”, Water”), nie posiada wyrazistej melodii. Pełnią więc one raczej funkcję muzycznych łączników, czy raczej „wyciszaczy” nastroju, niźli elementów dynamicznie napędzających dramaturgię całego albumu. Coś mi te łączniki tutaj nie pasują i mam z nimi spory problem. Można powiedzieć, że się czepiam; wszak te cztery tematy to ledwie 7 minut z ponadgodzinnej całości, ale – sprawdziłem to własnoręcznie – płyta bardzie „smakuje” po wykasowaniu tych czterech miniaturek za pomocą programatora w odtwarzaczu CD.

Tak to sobie wszystko wymyślił kierujący grupą Introitus, Mats Bender, który wspólnie ze swoją małżonką, „w cywilu” nauczycielką emisji głosu i śpiewu, Anną Jobs Bender, stanowią dwa główne kompozycyjno-wykonawcze filary zespołu. Skład Introitusa odrobinę zmienił się w porównaniu z poprzednią płytą i choć nadal znaleźć w nim można dwoje dorosłych dzieci państwa Benderów (córka Johanna gra na instrumentach klawiszowych i śpiewa w chórkach, a syn Mattias gra na perkusji), to zastanawiam się na ile obecność dwóch nowych gitarzystów (Pär Helje oraz Henrik Björlind, który gra także na fletach i syntezatorach) oraz basisty (Dennis Lindqvist) odcisnęła swój ślad na muzyce, którą słychać na płycie „Elements”? Po dłuższym zastanowieniu się stwierdzam, że chyba jednak niewielki, bo dominacja Matsa i Anny Benderów jest na tym krążku dostrzegalna już od pierwszych dźwięków otwierającego płytę utworu „The Hand That Feeds You”. Utworu, podkreślmy to, o ogromnym piętnastominutowym potencjale. Osobiście uważam jednak, że choć okraszony jest on efektowną gitarową solówką, naznaczony świetną wokalizą, a także wymuskany pięknymi plamami dźwięków snujących się z syntezatorów, to wcale nie stanowi on wyróżniającego się punktu programu płyty. Donoszę o tym nie tyle ze smutkiem, co z pewną satysfakcją, gdyż każdy kolejny utwór, każdy kolejny „element” tej układanki, wynosi nową płytę Introitusa na coraz wyższy poziom. Krzywa idzie w górę aż do wspaniałego megafinału w postaci wymienionej już dwukrotnie w tej recenzji kompozycji „Soulprint”, będącej hołdem Anny dla jej nieżyjącej matki, a zarazem prawdziwym ukoronowaniem tej (i to jest moje podsumowanie) naprawdę bardzo udanej płyty.

Nie wiem tylko czemu grupa Introitus wciąż pozostaje stosunkowo mało znana? Nie wiem dlaczego nie zajmuje ona jeszcze należnego jej czołowego miejsca na mapie współczesnych wykonawców progresywnych? Wiem za to jedno: warto szerzyć słowo o tej tak pięknej i wspaniałej muzyce w jej wykonaniu.

www.progressrec.com

MLWZ album na 15-lecie