Bowness, Tim - My Hotel Year

Artur Chachlowski,
Image“My Hotel Year” to solowy album Tima Bownessa, na codzień wokalisty zespołów No-Man (duet ze Stevenem Wilsonem z Porcupine Tree), Centrozoon oraz Henry Fool. Ciepła barwa jego głosu znana jest miłośnikom jego talentu już od 1992 roku, czyli od momentu ukazania się na rynku minialbumu No-Man „Lovesighs” wydanego przez wytwórnię One Little Indian. „My Hotel Year” jest powrotem po kilkuletniej przerwie w macierzyste barwy wydawcy. To właśnie głos Bownessa z jego niepowtarzalną, łatwo rozpoznawalną (przypominająca odrobinę Petera Hamilla) manierą występuje w głównej roli na tym albumie. Dodatkowo tu czasem zabrzmi trąbka, tu odezwie się jakiś ciekawy sampl, tam znowu pojawi się jakiś intrygujący akord na gitarze, ale cały czas nad wszystkim króluje ciepły wokal. Trudno nazwać to, co robi Tim śpiewem. Często posługuje się on szeptem, czasem melorecytacją, czasem jednostajnie wypowiada poszczególne frazy. Tak samo jak i trudno nazwać któryś z 11 utworów, które znajdziemy na płycie „My Hotel Year”, piosenką. To raczej osobne, niezależne minidziełka, z reguły nie wykraczające poza trzyminutowe rozmiary, to jakby szkice i dźwiękowe plamy, dające ukojenie, przynoszące spokój umysłowi, będące cudownym odpoczynkiem od zgiełku i pędu otaczającego świata. Bardzo spokojna to płyta. Utrzymana  w nieśpiesznym, lunatycznym, jednostajnym tempie. Płyta, do której jak ulał pasuje być może banalne, acz w tym przypadku uzasadnione określenie: to płyta idealna na długie, jesienne wieczory.
MLWZ album na 15-lecie