White Willow - Terminal Twilight

Andrzej Rafał Błaszkiewicz,

ImageJesienna melancholia. Jakiż to upojny stan ducha, który nawiedza mnie regularnie co roku. Uwielbiam tę zakatarzoną porę roku, ten festiwal kolorów, jaki funduje nam Matka Natura. Jesień działa na mnie bardzo inspirująco, twórczo i ożywczo. Ten błogi stan został jeszcze bardziej nasycony i spotęgowany muzyką z nowej, szóstej już płyty norweskiego zespołu White Willow zatytułowanej „Terminal Twilight”.

Muzycy zazwyczaj każą fanom długo wyczekiwać na kolejne owoce swojej pracy. Nie inaczej było i tym razem. Jednak warto czekać na każdą nową płytę tego wyjątkowego zespołu. Dodam, że White Willow zawsze znajdował się w ścisłym kręgu moich zainteresowań, więc na wiadomości z obozu Białej Wierzby oczekuję z utęsknieniem.

Ten nowy album nie jest żadnym punktem zwrotnym na muzycznej drodze White Willow. Jest raczej wynikiem konsekwentnie wypracowanego przed laty brzmienia. Stylem łączy elementy skandynawskiego, klimatycznego folku z ciężką, zakorzenioną w Black Sabbath gitarą. Całości tego charakterystycznego brzmienia dopełniają mgliste, pełne górskiego powietrza, brzmiące nieco staromodnie instrumenty klawiszowe z akustycznymi ozdobnikami, występującymi pod postacią często obecnego fletu, oboju tudzież skrzypiec. Uwodzący głos wokalistki, momentami może nazbyt dziewczęcy, dodaje uroku tej muzyce. Tak jakoś dziwnie się składa, że właściwie wszystkie płyty White Willow miały swoją premierę jesienią, co może być bardzo sugestywne w odbiorze ich muzyki. Chociaż wsłuchując się w tę muzykę od lat, odnoszę wrażenie, iż gdyby te krążki docierały do mnie w upalne czerwcowe popołudnie, to i tak najlepiej sprawdzałyby się jesienią i zimą. Nie inaczej jest w przypadku „Terminal Twilight”. To osiem bardzo równych kompozycji, aranżowanych z wyczuciem gatunku, bardzo inteligentnie i oszczędnie. W roli głównej na tym, jak i na poprzednich albumach zespołu występuje klimat i emocje. Słyszalny i wyczuwalny jest tu lekki powiew północnych wiatrów.

Płytę otwiera kompozycja „Hawks Circle the Mountain”. Sam tytuł wyraża próbę opisania brzmienia zespołu i odczuć, jakie mi towarzyszą za każdym razem, kiedy sięgam po muzykę Białej Wierzby. Jest to snujący się, mglisty, nasycony melotronami utwór, a jego klimat, jak w większości kompozycji zespołu, przypieczętowany jest mocną, niemal heavyrockową kodą z odrobiną patosu. Dwa kolejne utwory: „Snowswept” i „Kansas Regrets” to bardziej melodyjna odsłona zespołu. To niesamowicie urocze fragmenty tej płyty, lekkie, zwiewne, proste i rozświetlone. Kompozycje te oscylują bardziej w kierunku piosenki. Zwłaszcza druga lśni jak diament, a to za sprawą Tima Bownessa, który gościnnie zaśpiewał na tegorocznym materiale Norwegów, stając się prawdziwą ozdobą tego albumu. Gdy melodyjne szepty Białej Wierzby ukołysały dostatecznie naszą wrażliwość, nadchodzi pora na chłodny i przenikliwy oddech północy. Utwory: „Red Leaves”, „Floor 67” oraz instrumentalny, o nieco orientalnej barwie „Natasha of the Burning Woods” to bez wątpienia muzyczny rdzeń tego albumu. Klimatyczne, pełne wzniosłych momentów o epickim charakterze kompozycje z dużą dawką przenikliwego melotronu, niepokojących gitar i tła roztaczającego taką przestrzeń, że ludzkie oko ma problem z jej ogarnięciem. Oko być może tak, ale z pewnością nie ucho. Zaś momentem kulminacyjnym omawianej płyty jest trzynastominutowa, rozbudowana opowieść „Searise”, trzymająca w napięciu, pełna typowej dla White Willow ekspresji. Całości tego dzieła dopełnia zamykająca tę muzyczną, pełną nostalgii, skandynawską baśń miniatura „A Rumour of Twilight”.

Wszędobylski melotron, przyprawiony brzmieniem minimooga i organów Hammonda, niekiedy w asyście niepokojących dźwięków fortepianu; gitara mówiąca riffami, czasem odzywająca się tu i ówdzie pojedynczą, perlistą solówką; uwodzicielski, czarodziejski flet; wreszcie głos Sylvii Skjellestad – czarują, uwodzą i hipnotyzują słuchacza przez blisko godzinę. I ani na trochę nie mamy ochoty przyspieszyć słuchania, przełączyć na następną ścieżkę czy opuścić tę bardzo osobliwą muzyczną baśń. Proponuję, moi drodzy, byście poznali twórców tej jedynej w swoim rodzaju grupy, oto oni: Jacko Holm-Lupo kreuje brzmienia gitar, Lars Fredrik Froislie tworzy przywoływane już wcześniej klimaty za pomocą instrumentów klawiszowych, Mattias Olsson grający na perkusji oraz basista Ellen Andrea Wang tworzą sekcję rytmiczną, Ketil Vestrum Einarsen kusi fletami, a wymieniana już wcześniej pełna uroku Sylvia Skjellestad pełni rolę wokalistki.

Nie kryję ogromnej radości z faktu ukazania się tego albumu. Każda płyta White Willow to dla mnie bardzo intymne obcowanie z muzyką, może i nie oryginalną, natomiast pełną dyskretnego uroku, piękna, rozmowy nocy i dnia, blasku i cienia. Muzyka White Willow to niespotykana wręcz równowaga, dająca słuchaczowi poczucie komfortu psychicznego podczas słuchania ich płyt. Ta mglista i płocha delikatność, łamana czasem jakimś mocnym i zgrzytliwym gitarowym dysonansem, pozwala się spokojnie przeżywać, unieść lekko nad ziemię, pozwala oddychać ogromną przestrzenią. Polecam z całego serca ten album, gdyż jest to rzadki diament wśród dość pospolitych perełek, połyskujących bladym światłem.

MLWZ album na 15-lecie