D Project

Storm Corrosion - Storm Corrosion

Przemysław Stochmal,

ImageMiałem pewne obawy odnośnie tego wydawnictwa. Wizja progresywnego rocka, jaką od dwóch dekad prezentuje i rozwija Steven Wilson w znacznej mierze utwierdza mnie w przekonaniu, że sercem artysta ten, skądinąd niezwykle otwarty na całe spektrum gatunków, najbliżej jest klasycznemu progrockowi przełomu lat 60. i 70. Znacznie inaczej jednak wygląda moja ocena drugiej połowy duetu Storm Corrosion, lidera death-metalowego Opeth, Mikaela Åkerfeldta. Wydając albumy „Damnation” (2003) i „Heritage” (2011) całkowicie uciekł od stylistyki, z jaką kojarzony jest szwedzki zespół, z całą pewnością nie bez wpływu Wilsona próbując sił w świecie silnie inspirowanego latami 70. progresywnego rocka. Opeth w takim wydaniu zawsze wydawał mi się raczej kiczowaty, a całe naręcze ciekawych rozwiązań i dobrych patentów ułożone w logikę ewidentnie wskazującą, że całość wyszła spod rąk pasjonata, nie zaś profesjonalisty urodzonego z progrockową wyobraźnią. W związku z powyższym nie do końca liczyłem na „Storm Corrosion”, jako muzyczny kąsek w sam raz dla mnie. Na szczęście, mocno się pomyliłem.

“It’s the anti-metal album” – tak mówił Steven Wilson, gdy album był właściwie gotowy. Faktycznie, słowa te materiał ze „Storm Corrosion” potwierdza w stu procentach. Muzyka, jaką prezentuje duet jest w znacznej mierze zaskakująco stonowana, delikatna, melancholijna, na ogół pozbawiona wyrazistej rytmiki. Od zasady tej nieco uchylają się dwie spośród sześciu wypełniających program płyty kompozycji. Otwierający album, dziesięciominutowy „Drag Ropes”, opatrzony intrygującym, animowanym klipem, to rozbudowana opowieść, w sposób zdecydowanie åkerfeldtowski łącząca elementy, które w nie do końca klarowny sposób współgrają w jednym kontekście kompozycyjnym – elementy pochodzące zarówno ze świata Opeth, jak i muzycznej wyobraźni Wilsona, z nastrojami No-Man włącznie. Z kolei „Lock Howl” to instrumentalna wędrówka po klimatach kojarzonych w sposób bardziej zwarty i konsekwentny, w której bez trudu można odgadnąć kompozytorską dominację Wilsona. Choć są to utwory z całego albumu zdecydowanie najbardziej dynamiczne, nie należy oczekiwać napędzanej perkusją muzyki rockowej – subtelność wyrazu Storm Corrosion jest na tyle konsekwentna, że nawet i tu rytmika opiera się przede wszystkim na delikatnym brzmieniu instrumentów perkusyjnych.

Pozostałe nagrania są zdecydowanie bardziej melancholijne, stonowane. Oczywiście, panowie Åkerfeldt i Wilson nie usiedli z mikrofonami przy samym fortepianie i z gitarami akustycznymi - ta skądinąd delikatna muzyka również pełna jest niespodzianek, niektórych nawet skłonnych skutecznie wybić słuchacza z pewnego rodzaju błogostanu (jak choćby rozcinające w pół tytułowy utwór niepokojące, psychodeliczne odgłosy, jakgdyby żywcem wyjęte z dorobku wilsonowskiego Bass Communion czy zatrważająca ściana dźwięków przytłumiająca brzmienie parady perkusyjnej w „Hag”). Tego typu zabiegi w sposób ciekawy, acz nie nachalny, urozmaicają ogólny, niespieszny wyraz albumu. O to, by delikatność tej muzyki nie prowadziła do monotonii zadbano również, stosując względną różnorodność nastrojów – potrafi być nieco tajemniczo („Drag Ropes”, „Hag”), łagodnie na sposób psychodeliczno-folkowy („Storm Corrosion”, „Happy”), a nawet nostalgicznie – tak właśnie kończy się ten album. „Ljudet Innan”, bo o tym utworze mowa, to absolutna perła tego w całości znakomitego albumu, moim zdaniem zdecydowanie najlepsza od dobrych kilku lat koda zaproponowana przez Stevena Wilsona, a zarazem znakomity występ zaskakująco lirycznego Åkerfeldta.

„Storm Corrosion” okazuje się płytą tyleż wyśmienitą, co zaskakującą. Po ubiegłorocznych albumach obydwu jej twórców („Heritage” Opeth i „Grace for Drowning” Wilsona) zapewne znacznie uszczupliło się grono wyczekujących albumu łączącego progrock z metalem, aczkolwiek wszyscy wciąż spodziewający się materiału o takim charakterze sromotnie się zawiodą. W przeciwieństwie do wspomnianych albumów, „Storm Corrosion” nie nazwałbym również powrotem do rocka lat 70., bo płyta ta polega, także zapewne wbrew oczekiwaniom wielu, na czym zupełnie innym. To wyrafinowana, subtelna muzyka, łącząca psychodeliczny, podskórny niepokój z łagodną, nieszkodliwą melancholią. Album, dodajmy, wyraźnie będący nie dziełem „mistrza” i „ucznia”, ale dwóch równoważnych postaci - w gruncie rzeczy bowiem na „Storm Corrosion” nie jest ani  zbyt wilsonowsko, ani zbyt åkerfeldtowsko, co wydaje się być jednym z atutów tej znakomitej płyty.

MLWZ album na 15-lecie