Overhead - Of Sun And Moon

Artur Chachlowski,

ImageJakoś kompletnie nie mogę przekonać się do nowej płyty doskonale znanej polskiej publiczności formacji Overhead. Jej poprzednie (koncertowe) wydawnictwo „Live After All” zarejestrowane zostało na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach w trakcie pamiętnego festiwalu progresywnego rocka 17 lutego 2009 roku. Z kolei nieco wcześniejszy (studyjny) album „And We’re Not Here After All” (2008) zyskał sobie mnóstwo pozytywnych recenzji, a tym samym umożliwił tej formacji wejście na salony współczesnego, jednakowoż nawiązującego do najlepszych tradycji gatunku, rocka progresywnego. Warto pamiętać, że zespół zadebiutował w 2002 roku płytą „Zumanthum”, a trzy lata później wydał, chyba najlepszą, po dziś dzień pozycję w swojej dyskografii – „Metaepitome”. Kiedyś Overhead nagrywał naprawdę dobre, interesujące płyty. Nie to co teraz…

Stwierdzeniem tym uprzedziłem nieco fakty, gdyż wydany w czerwcu tego roku przez wytwórnię Progressive Promotion Records krążek zatytułowany „Of Sun And Moon” pod żadnym względem nie zbliża się niestety do poziomu swoich poprzedników. Piszę to ze sporym bólem serca, gdyż od lat kibicuję tym sympatycznym muzykom w ich poszukiwaniu własnego miejsca na artrockowej scenie muzycznej. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że Overhead należy do najbardziej obiecujących oraz najbardziej oryginalnych wykonawców młodszego pokolenia, jednak po wielokrotnym przesłuchaniu najnowszej płyty z żalem stwierdzam, że Finowie gdzieś zagubili swoją wyjątkowość i albumem „Of Sun And Moon” nie spełnili pokładanych w nich przeze mnie (a myślę, że i przez wielu innych słuchaczy) nadziei.

Dlaczego? Myślę, że jest kilka przyczyn takiego stanu. Przede wszystkim Overhead na swoim nowym krążku odciął się od progrockowej stylistyki. Wyraźnie poszedł w kierunku „crossover”, czy jak kto woli niezależnego/alternatywnego rocka. Owszem gdzieniegdzie w muzyce zespołu pozostały ślady prog rocka, ale zespół wyraźnie rozpoczął romans z metalowymi czy typowo rockowymi brzmieniami. OK, nie jest to granie, którym zespół zszedł poniżej pewnego poziomu. Nie. Nie chciałbym wzbudzić takiego wrażenia, bo w grze fińskiego kwintetu nadal słychać duży potencjał, by nie rzec wirtuozerię, szczególnie w grze gitarzysty Jaakko Kettunena i śpiewającego flecisty Alexa Keskitalo. Gra tego ostatniego, nałożona na subtelną zmianę stylistyki grupy chwilami przypomina mi brzmienia spod znaku zespołu Jethro Tull. I tak sobie myślę, by znaleźć odpowiednie porównania, przy zachowaniu odpowiedniej skali oczywiście, że na mapie współczesnego art rocka, pośród wiodących grup, jak Porcupine Tree, Pendragon, Arena czy RPWL, Overhead zajmuje dziś analogiczną pozycję jaką przed czterema dekadami na tle King Crimson, Yes i Genesis miał, też mający bluesowo-rockowe korzenie, zespół Iana Andersona.

Powyższa uwaga ma jedynie charakter porządkowy, by czytelnik, który nie słyszał jeszcze najnowszej płyty Finów (choć na długo przed premierą Overhead udostępnili swoją płytę do darmowego streamingu) mógł wyrobić sobie zdanie o tym, że dzisiejszy Overhead to nie kolejny „mainstreamowy” wykonawca operujący w głównym i najbardziej popularnym nurcie współczesnego progresywnego rocka, a zespół, który coraz pewniej czuje się, ale na opłotkach tego gatunku.

Na płycie „Of Sun And Moon” wyraźnie słychać mroczne, lekko „przybrudzone” brzmienie, 9 utworów stanowiących program tego wydawnictwa zagranych jest z wykopem, posiadają one dynamiczne tempo, wyraziste brzmienie, ale… No właśnie. Jest pewne „ale”. Brzmią one bardzo do siebie podobnie, są mało zróżnicowane, nie posiadają zbyt wyrazistych melodii, ani wpadających w ucho refrenów (wyjątkiem jest nagranie zatytułowane „Berlin”), ani też godnych zapamiętania partii instrumentalnych (tu wyjątkiem jest motyw otwierający finałową kompozycję zatytułowaną „Angels And Demons”). Niby wszystko jest tu na swoim miejscu, niby w trakcie słuchania płyta gładko „płynie”, ale poszczególne utwory zlewają się w jedną niezbyt wyraźną całość. Często łapię się na tym, że po kilku – kilkunastu minutach (uważnego!) słuchania nie jestem pewien, czy słucham utworu oznaczonego indeksem 2, 3, 4, a może 5?...

To nie tak, że „Of Sun And Moon” jest albumem, który nie jest wart poznania. Ale jakoś ciężko byłoby mi rekomendować go komuś, kto spytałby mnie o godne polecenia, reprezentatywne artrockowe dzieło wydane w 2012 roku… Tak się dziwnie składa, że im więcej go słucham, tym większy mam z nim problem… Nie „wchodzi”. I tyle… Niestety…

www.progressive-promotion.de
MLWZ album na 15-lecie