Änglagard - Viljans Öga

Przemysław Stochmal,

ImageSzwedzki Änglagård zapisał się w historii rocka progresywnego w pierwszej połowie lat 90., gdy obok takich formacji jak Anekdoten czy Landberk próbował, całkiem zresztą skutecznie, wskrzesić ducha klasycznych dzieł gatunku, wykazując się muzyczną wrażliwością bliską latom 70., a dźwięki przez siebie komponowane prezentując przy pomocy tradycyjnego, charakterystycznego dla klasyków progrocka instrumentarium. Dwie wydane w tamtym czasie przez zespół studyjne płyty przyjęte zostały entuzjastycznie, na stałe wchodząc do kanonu neoprogresywnego rocka. W tym roku, po osiemnastu latach od wydania drugiej studyjnej płyty Änglagård przypomina się nowym albumem.

Na muzyczne powroty tego typu raczej czeka się z entuzjazmem, wszak Änglagård należy do takich grup, które z uwagi na krótki okres działalności nie zdołały stworzyć sobie okazji do zniżki artystycznej formy, zaproponowania materiału mało satysfakcjonującego, tym samym w świadomości odbiorców pozostając wciąż zespołem „z górnej półki”. Fakt, że i tym razem powstała muzyka na wysokim poziomie, wbrew pozorom nie ułatwia jednak oceny albumu…

Owszem, sympatycy muzyki spod znaku „Hybris” czy „Epilog” z całą pewnością mogą być zadowoleni. Änglagård w formule czterech kilkunastominutowych instrumentalnych utworów proponuje muzykę równie ekscytującą, jak nagrania z lat 90. Kompleksowo w kompozycji, przekonywująco w „klasycyzującym” podejściu do gatunku; gdzie potrzeba agresywnie i pokomplikowanie, gdzie indziej lirycznie, onirycznie. Słychać, że osiemnaście lat przerwy w działalności nie pozbawiło Szwedów cech prawdziwych fachowców, muzyka przez nich prezentowana aż prosi się o etykietę „rasowego”, pozbawionego naiwności rocka progresywnego.

Zachwyty płynące ku „Viljans Öga” będą płynęły wartkim strumieniem i, nie da się ukryć, mogą być uzasadnione. Skąd więc wątpliwości w kwestii oceny, która wobec powyższego winna być jednoznaczna? Podstawowy zarzut dla płyty tkwi w… samej zasadzie, na jakiej oparł swoją działalność zespół Änglagård już w chwili swojego powstania dwadzieścia lat temu. Grupa ta, będąca swoistym muzycznym wehikułem czasu, próbującym przenieść współczesnych odbiorców w konkretny moment w historii muzyki rockowej, po osiemnastu latach nie zrobiła zupełnie nic, by choć w nieznacznym stopniu zmienić swój kurs. Progrockowy „klasycyzm” Szwedów brzmi tak, jak gdyby kilkunastoletnia przerwa twórcza nie miała miejsca. O ile przed dwudziestoma laty brzmiało to przekonywująco, tutaj odbiorca świadomy wcześniejszych dokonań formacji może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony zwyczajnym brakiem świeżości…

Faktem jest, że sympatycy grupy z pewnością potraktują „Viljans Öga” jako wspaniały upominek, kolejną znakomitą godzinę muzyki spod znaku starego, dobrego, być może jedynego w swoim rodzaju Änglagård. Dla odbiorcy niezwiązanego specjalnym sentymentem z dawnymi dokonaniami zespołu jego nowa płyta raczej będzie rozczarowaniem. Bo nawet od  Änglagård, którego ideą jest muzyczna podróż w czasie, można by wymagać znamion artystycznego rozwoju, zwłaszcza po tylu latach przerwy, które w tym wypadku raczej należałoby podsumować mianem artystycznej hibernacji.  
MLWZ album na 15-lecie