Asgard - Drachenblut

Artur Chachlowski,

ImagePo wydaniu "Imago Mundi" strasznie długo czekaliśmy na nową płytę grupy Asgard. Po niezwykle udanych 4 albumach wydanych na początku lat 90. zespół na długie lata zapadł się pod ziemię i wydawało się nawet, że już nigdy nie usłyszymy nowych nagrań sympatycznych Włochów. Świadczyło o tym zaangażowanie poszczególnych członków zespołu w inne projekty (Ines, Aufklarung). Wreszcie, dość niespodziewanie i bez szumnych zapowiedzi otrzymaliśmy nowe dzieło tej kultowej grupy. Ale czy to ten sam Asgard, co kiedyś? Na szczęście perturbacje personalne nie spowodowały radykalnych zmian brzmieniowych. Ciągle w nowej muzyce Asgardu sporo jest rozbudowanych kompozycji, przenikających się progresywnych i progmetalowych akcentów, pięknych melodii i ciekawych pomysłów aranżacyjnych. Ale niestety nie ma już tej magii, tej tajemnicy, tej mitycznej otoczki pamiętanej z pierwszych czterech płyt zespołu.

Warstwa liryczna również utrzymana jest w starym dobrym stylu pamiętającym czasy płyt „Arkana” (1992) i „Imago Mundi” (1993). A więc pełno tu skrzydlatych smoków, opowieści o rycerzach, elfach, wróżkach i druidach. Pełno odwołań do nordyckich legend i mitów. Jednym słowem, ta płyta Asgardu z pewnością nie jest  jakimś szczególnym rozczarowaniem. Właściwie to jakiekolwiek zastrzeżenia można by mieć wyłącznie do wokalu. W zespole nie ma już Kikko Grosso. Na nowej płycie zastąpił go Ivo Gallo. I  jest to jedyna zmiana na gorsze. Fenomenalnego wokalu Kikko nawet z umiarkowanym powodzeniem  nie byłby w stanie zastąpić chyba nikt na świecie. Dlatego przed Ivem stanęło bardzo trudne zadanie i chociaż na płycie „Drachenblut” dał on z siebie wszystko, to w kilku momentach musiał zawieść. Na szczęście instrumentaliści stanęli na wysokości zadania. Zarówno „stara gwardia”  Alberto Ambrosi (k) i Chris Bianchi d’Espinosa (bg), jak i „świeża krew” w osobach gitarzysty Sergio Ghiotto (ex-Tea In Sahara) oraz perkusisty Petera Bachmayera grają dobrze, a momentami (ale nielicznymi) wręcz porywająco. Nie sposób nie zakochać się  w długich suitach „Quid”, „Initiation” czy „A Lime-Leaf Was On His Back”, jak i nieco łatwiejszych w odbiorze, wpadających  w ucho piosenkach „Danger! (Sigurd In Love)”, "Blue Fire" i  „Dragon’s Blood”.

Drachenblut to krew smoka. Smok i miecz to symbole pojawiające się na okładkach wszystkich albumów zespołu. Tradycją kolejnych płyt Asgardu jest to, że na okładkach zawsze widnieje tytuł następnego wydawnictwa. Tak jest i tym razem. Kolejny produkt Asgardu miał nazywać się „Ragnarokkr”.  Niestety do dzisiaj nie ujrzał on światła dziennego...

Kończymy tą wizytę w mitologicznej Skandynawii, po której oprowadzała nas formacja Asgard. Mamy nadzieję, że sięgniecie po ich muzykę, jeżeli z jakichś powodów tego jeszcze nie zrobiliście. Warto ocalić Asgard, jak i wiele innych zapomnianych nieco zespołów, przed niszczycielskim działaniem czasu. Bo ich twórczość to typowo klasyczna już dzisiaj historia.

MLWZ album na 15-lecie