Metus - Source Of Life

Paweł Świrek,

ImageJak wszyscy czytelnicy i słuchacze Małego Leksykonu Wielkich Zespołów wiedzą, Metus to muzyczny projekt Marka Juzy. W języku łacińskim metus oznacza obawy i znaczenie tego słowa odbija się jak w zwierciadle w tekstach tego muzyka. Lęk przed śmiercią, samotnością czy utraconą miłością – takie tematy przewijają się w utworach na kolejnych albumach Metusa. „Source Of Life” to już kolejna, siódma w jego dorobku, płyta długogrająca. Podobnie jak na wcześniejszych wydawnictwach i tym razem mamy do czynienia ze spokojną i nieco ponurą muzyką. Nie bez powodu Marek Juza nazywany jest „bardem cienia”.

Płytę rozpoczyna mroczny utwór „Dust”. Ponury klimat rozwija się w nim stopniowo, jednak jak już swoje solo gitary zagra Marcin Kruczek, to robi się wspaniale. Całość spinają znakomicie brzmiące klawisze, skrzypce i najlepsza krakowska sekcja rytmiczna: Krzysztof Wyrwa (bg) – Grzegorz Bauer (dr). Malutkim minusem jest trochę zbyt szybkie wyciszenie muzyki po solówce gitarowej. Przydałoby się jej trochę więcej, ale czy jest sens na siłę wydłużać nagranie? Kompozycja „Crossroads” kontynuuje ten spokojny nastrój panujący na albumie. Mroczny głos Marka świetnie współgra z muzyką przepełnioną dostojnym pięknem. Mamy tu równie cudowne solo gitary, klawiszy, jak i wiolonczeli (Piotr Bylica). Wszystko to stwarza niesamowity nastrój. Smyczki wprowadzają słuchacza w kolejne nagranie - „Stars”. Po tym wstępie wchodzą pozostałe instrumenty i robi się naprawdę niesamowicie. Ponury wokal znowu doskonale współgra z resztą instrumentów, może tylko refreny są zbyt krzykliwe (ja bym je odrobinę zmienił), bo akurat ten sposób śpiewania nienajlepiej wychodzi Markowi. Spokojniejszy nastrój panuje w utworach „Trust In This” oraz „Someday”. Z kolei kompozycja „Burden” to już niespodziewany ukłon w stronę zespołu Dire Straits. Takiego brzmienia nie powstydziłby się sam Mark Knopfler, jedynie, co zrozumiałe, wokale są w niej trochę inne, jak również mniej w niej jest brzmienia gitary. Może to się podobać albo i nie, lecz moim zdaniem jest to jeden z jaśniejszych punktów programu tej płyty. Dalej już mamy spokojniejsze i bardziej mroczne dźwięki. Da się to zauważyć chociażby w „In Spirit”. Podobne klimaty słyszeliśmy już kiedyś pod koniec płyty „Assal & Zen”. Nieco radośniej robi się w tytułowym utworze z piękną sentencją: „thank you, Mighty Father”. Potem znowu jest bardzo spokojnie i mroczno (bardzo dobry utwór „For You”!), by wreszcie na zakończenie płyty spotkała nas kolejna niespodzianka w postaci akordeonowego numeru (uwaga na gościnny udział Krzysztofa Lepiarczyka!) „Like Waves”.

Płyta dobiegła końca, a mroczny, gęsty i melancholijny nastrój panuje nawet po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Ta muzyka ma sporą moc oddziaływania. Bo „Source Of Life” to bardzo udane i zarazem spokojne, niesamowicie klimatyczne wydawnictwo. Znakomici muzycy współpracujący z Markiem stanęli na wysokości zadania i pomogli mu nagrać naprawdę udany album. Wszystkie instrumenty znakomicie współbrzmią ze sobą i praktycznie nie ma na „Source Of Life” słabych punktów. Nie zanosi się, co prawda, by była to płyta roku, ale naprawdę warto po nią sięgnąć. Szczególnie w te mgliste, listopadowe wieczory.
MLWZ album na 15-lecie