Moonrise - Stopover-Life

Paweł Świrek,

ImageMoonrise to muzyczny projekt Kamila Konieczniaka, a „Stopover–Life” jest już trzecią płytą sygnowaną tą nazwą. W porównaniu do bardzo ciepło przyjętej poprzedniej płyty „Soul’s Inner Pendulum” (2009) w zespole doszło do jednej istotnej zmiany – miejsce śpiewającego do tej pory Łukasza Galla zajął Marcin Jajkiewicz. Nie wiem czy to zmiana na plus (raczej nie), ale ogólnie stwierdzić muszę, że otrzymaliśmy raczej przeciętną płytę. Piszę to z żalem, bo Moonrise swoimi dwoma poprzednimi albumami zasłużył sobie na miano „nadziei polskiego prog rocka”. Muzyka na Stopover-Live” jest spokojna, za spokojna, momentami aż monotonna. Zatraciła się pewnego rodzaju wyrazistość i rozpoznawalność, a Kamil Konieczniak i spółka wybrali miękkie, zahaczające o muzykę środka, brzmienia. Faktem jest, że Marcin Kruczek próbuje ratować sytuację swymi charakterystycznymi solówkami gitarowymi, ale i to nie zawsze na wiele się zdaje.

Album rozpoczyna się od długiego wstępu w postaci utworu tytułowego. To prawie wyłącznie instrumentalne nagranie, w którym od czasu do czasu przewija się tylko śpiewana przez Marcina Jajkiewicza fraza „I feel my heart…”. Głos Marcina może kojarzyć się z wokalem Noela McCalli z debiutanckiej płyty Mike’a Rutherforda (podobny styl i barwa). Zaś dźwięki saksofonu upodabniają styl Moonrise do brzmienia grupy… Varius Manx, co wydaje się być zabiegiem nie do końca przemyślanym. Moim zdaniem całość materiału brzmi zbyt melancholijnie. Spokojny początek krążka zapowiada się obiecująco, ale brakuje rozwinięcia w dalszej jego części. Trzeba jednak to przetrwać i poczekać na wspomnianą wcześniej solówkę, o ile nie znuży nas nieco senne brzmienie saksofonu słyszalne na pierwszym planie. W kolejnym utworze, „Surrender To Win”, wcale nie jest lepiej. Wokal może trochę zmęczyć słuchacza, utwór rozkręca się zbyt wolno, a solówka zagrana przez Marcina Kruczka ratuje go, ale tylko w niewielkim stopniu. Bo czym jest po mistrzowsku wykonane solo gitarowe, jeśli reszta nagrania jest raczej średnia? Prawdziwe rozwinięcie tej kompozycji mamy dopiero pod sam jej koniec i jest to jeden z najciekawszych fragmentów płyty. Nieco lepiej w sferze wokalnej jest w „Start Up Song”, tym razem jednak nieco słabiej wypada strona instrumentalna tego nagrania, które zyskuje dopiero na jakości wraz z wejściem saksofonu, a gdy słyszymy solo gitarowe, to już jest naprawdę nieźle. Niestety mamy tu kolejny przykład utworu, który ledwie się rozwinie, a już się kończy.

Początek „Let It Flow” to kolejny ukłon w stronę zespołu Varius Manx. Niestety utwór ten nie zachwyca i nawet efektowne solówki Marcina niewiele pomagają. W rozwinięciu robi się on po prostu zbyt hałaśliwy. Dopiero we „Flying In Empty Lands” mamy coś, co tygryski lubią najbardziej. To bardzo ciekawie zaaranżowana kompozycja. Ale już „Blind Faces” równa poziomem do poprzednich nagrań, by pod koniec trwania uratowało je solo saksofonu, szkoda tylko, że tak szybko się urywa poprzez szybkie wyciszenie. W „Guardian Angel” pierwszy raz słychać ciekawe brzmienia perkusyjne, ale utwór po chwili robi się przeciętny. Niby zaczął się dobrze, ale od połowy jest ciągnięty trochę na siłę, by pod sam jego koniec piękne solo saksofonu pozwoliło powiedzieć o nim kilka ciepłych słów. Gdyby skrócić go o fragmenty ciągnięte na siłę, trwałby może cztery minuty, zamiast siedmiu, ale byłby z pewnością znacznie ciekawszy. Bardzo ładnie rozpoczyna się kompozycja „Unravel Your Soul”, ale może byłaby jeszcze lepsza, gdyby zdecydowano, by była to wersja całkowicie instrumentalna. W sumie rozwija się ona dobrze, lecz zakończenie ma zupełnie nijakie i zaczyna wiać z niej nudą. Album kończy dość udana i chyba najlepsza w tym zestawie kompozycja „Mr Strange”, chociaż i w niej słychać jakby mniej udane echa poprzednich nagrań.

Dlaczego na „Stopover–Life” udało się zrobić zaledwie jeden, no może dwa, udane utwory na cały album, podczas gdy reszta wygląda, jakby była dorabiana trochę na siłę? Tego nie wiem. Niestety mamy przykład na to, że bardzo dobrzy muzycy nie zawsze potrafią nagrać bardzo udaną płytę. Czyżby syndrom trzeciej płyty dał znać o sobie? Trochę szkoda.

MLWZ album na 15-lecie