Glass Hammer - Perilous

Artur Chachlowski,

ImageZacznę od tego, że chciałbym wyrazić wielkie uznanie dla Freda Schendela i Steve’a Babba – dwójki muzyków, którzy są filarami, mózgami, a także kołami napędzającymi machinę pod nazwą „Glass Hammer”. Nagrali właśnie kolejną świetną płytę, która pewnie – jak zwykle – zyska sobie mnóstwo pozytywnych recenzji i która – najpewniej jak zawsze – przepadnie we wszelkich zestawieniach na najlepszy album roku. Wprawdzie rok 2012 milowymi krokami zbliża się już do końca, a ja nie robiłem jeszcze żadnych prywatnych podsumowań, ale już dzisiaj wiem, że „Perilous” z całą pewnością znajdzie się w dziesiątce moich ulubionych płyt.

Wymienionej wyżej dwójce muzyków na nowym krążku towarzyszą: gitarzysta Alan Shikoh oraz Jon Davison, który aktualnie jest także koncertującym wokalistą grupy Yes. W rzeczy samej, barwa jego głosu do złudzenia (chyba jeszcze bardziej niż w przypadku Benoit Davida z Mystery) przypomina Jona Andersona. Ale to wiemy nie od dziś. Wszak można było się o tym przekonać słuchając dwóch poprzednich płyt Glass Hammer – „If” (2010) i „Cor Cordium” (2011) – na których ten niezwykle utalentowany wokalista dał się poznać z jak najlepszej strony. „Perilous” jest już trzecim albumem nagranym przez Glass Hammer w tym czteroosobowym składzie. Stabilizacja pod tym względem zaowocowała jeszcze większym zaufaniem, jeszcze lepszym zgraniem i jeszcze większym wykorzystaniem indywidualnych talentów całej czwórki. W pozytywny sposób zadziałał efekt synergii, dzięki czemu mamy do czynienia z jednym z najwspanialszych albumów w dorobku Glass Hammer. A przecież zespół ten wydaje swe płyty już od 20 lat! I praktycznie na każdej zaskakuje nas czymś nowym.

Czym zaskakuje na „Perilous”? Niezwykłym, mrocznym, choć kończącym się happy endem, konceptem. Spójrzcie na okładkę. Skorzystajcie z zaproszenia tajemniczego jegomościa i przekroczcie bramy budzącego strach ni to ogrodu, ni to parku, ni to cmentarzyska skąpanego w wieczornej mgle. Wejdziecie w ten świat i już nic nie będzie takie samo. Będziecie szukać bezpiecznej drogi do domu, lecz z każdą chwilą poczujecie się coraz bardziej zagubieni. Będziecie wołać o pomoc, ale zamiast ratunku na swojej drodze spotkacie budzące lęk postacie, którym trzeba będzie stawić czoła. Taki jest punkt wyjścia tej opowieści zatytułowanej, jakże celnie, „Perilous” („Niebezpieczny”, „Ryzykowny”). Ale, jako się rzekło, jest w tej mrożącej krew w żyłach historii szczęśliwe zakończenie. Świadczy o tym tytuł ostatniego utworu na płycie: „Where Sorrows Died And Came No More”. To świetny, fenomenalny wręcz finał tej płyty. Poprzedza go 12 powiązanych ze sobą tematów układających się w jedną, fascynującą zarówno z literackiego, ale przede wszystkim z muzycznego punktu widzenia, całość. Mnóstwo jest w tej opowieści powracających tematów, wspaniałych brzmień melotronu, chórów (i to aż dwóch: Latin Choir, The Chattanooga Girls Choir), instrumentów smyczkowych (The Adonia String Trio), imponujących orkiestracji, wokalnych popisów (w jednym utworze, jako gość śpiewa pani Amber Fults), a nade wszystko pięknych melodii, porywających partii gitar, Hammondów, melotronów, no i oczywiście wspaniałego śpiewu Jona Davisona.

Na płycie „Perilous” mamy do czynienia z symfonicznym rockiem z prawdziwego zdarzenia. Dokładnie w takim wydaniu, jak zwykło się określać muzykę z albumów o podobnym stopniu nasycenia muzycznym polotem i epickim przepychem w latach 70. Gdyby Glass Hammer nagrał taką płytę jak „Perilous” 40 lat temu, dziś byłaby ona klasykiem nad klasykami. Dla mnie, i pewnie dla wielu słuchaczy podzielających mój punkt widzenia, Glass Hammer to zdecydowany lider współcześnie funkcjonujących wykonawców, którzy nawiązują do brzmień ze złotej dla symphonic rocka, epoki. Glass Hammer robi to w niezwykle udany sposób. Nie dajcie się zwieść głosom, że Davison to kopista Andersona, że kompozycje Glass Hammer to popłuczyny po Yes i ELP, a brzmienie na ich płytach to archaizm łamany przez niemodny obciach. Otwórzcie szeroko uszy, dajcie się porwać magicznym dźwiękom świetnie skonstruowanej (merytorycznie, ale też i muzycznie) płyty „Perilous”, wejdźcie w ryzykowny/niebezpieczny świat, o którym opowiada ten mroczny album, a z pewnością odkryjecie jego niepowtarzalny urok i poczujecie dreszczyk emocji, tak rzadko spotykany przy słuchaniu wydawanych w dzisiejszych czasach albumów.

Rok 2012 rokiem Glass Hammer? Ten zespół zasługuje na to!

MLWZ album na 15-lecie