Manning - Anser's Tree

Artur Chachlowski,

Image„Anser’s Tree” jest historią pewnej starej rodziny, której korzenie sięgają XVI wieku, opowiadaną przez jej ostatniego potomka. Jest nim niejaki Dr Jonathan Anser, który urodził się w... 2089 roku. Śledząc losy przodków odsłania on tajemnice swojego rodu oraz odkrywa kilka uniwersalnych prawd o świecie. W tym sensie niniejszą płytę można nazwać koncept albumem. Składa się ona z 7 utworów, których tytuły są nazwiskami przodków głównego bohatera. Również muzycznie owe 7 utworów dość mocno do siebie przystaje, i to zarówno ze stylistycznego, jak i konstrukcyjnego, a także wykonawczego punktu widzenia.

Gdyby przyszło mi spróbować porównać produkcje Guya Manninga do jakiegoś bardziej znanego wykonawcy, to wskazałbym na grupę Jethro Tull. Lecz od razu chcę zaznaczyć, że przy takim porównaniu, należy pamiętać o zachowaniu odpowiednich proporcji. Manning kontynuuje albumem „Anser’s Tree” to, co zapoczątkował na swojej debiutanckiej płycie „Tall Stories For Small Children” (1999) i demonstrował później na swoich sześciu kolejnych albumach. Guy jest multiinstrumentalistą, śpiewa i gra na gitarach, basie, mandolinie, syntezatorach i perkusji. Na „Anser’s Tree” towarzyszy mu stała współpracowniczka Laura Fowles (saksofon i śpiew), a także panowie Ian „Walter” Fairbarn (skrzypce), David Million (gitary) i Stephen Dundon (flety), a w jednym utworze pt. „Jack Roberts” sam wielki Andy Tillison.

Właśnie ze współpracy z Tillisonem, Guy powinien być najlepiej znany sympatykom progresywnej muzyki. Spotkali się najpierw w Parallel Or 90 Degrees, a ostatnio w formacji The Tangent. Muszę jednak stwierdzić, że Manning zdecydowanie lepiej wypada jako tryb w dobrze funkcjonującej zespołowej machinie, aniżeli jako lider swoich solowych poczynań. Jest on artystą niezwykle płodnym. 8 solowych płyt w trakcie niespełna 8 lat, to wynik z jednej strony godny podkreślenia, a z drugiej - dający sporo do myślenia. Wszak wydawane co roku albumy, pomimo wielu starań i zakrojonych na dużą skalę działań marketingowych, nie przyniosły mu dużej popularności. Coś czuję, że wysiłki jego aktualnej wytwórni ProgRock Records pewnie też zakończą się ograniczonym sukcesem, gdyż nawet najpiękniejsza oprawa (świetna szata graficzna płyty autorstwa Eda Unitskiego) i nie wiadomo jak wykoncypowany pomysł na liryczną zawartość płyty nie zastąpią dobrego przepisu na udany i wyrazisty album. Oryginalny pomysł z muzycznym drzewem genealogicznym to chyba za mało, by przekuć go w uznanie szerokiej publiczności. Muzyka nie wznosi się niestety ponad przeciętność, czyniąc to wydawnictwo co najwyżej średnio udanym. Tak właśnie jest z płytą „Anser’s Tree” i w ogóle z solowymi albumami, wychodzącymi spod ręki Manninga. Niby wszystko na nich gra i poukładane jest w logiczny sposób, niby wszystko jest tu na miejscu, tylko moment zachwytu jakoś nie nadchodzi. Brakuje czegoś, co przemieni muzykę Manninga w muzyczne wydarzenie. Brakuje błysku i śladu geniuszu. Coś w Manningu jest takiego, że pomimo tylu płyt i takiej ilości wydanej przez niego muzyki, jego popularność balansuje gdzieś na poziomie średniej rozpoznawalności. Czemu tak się dzieje? Bo Manning ma swoje ograniczenia. Trochę smędzący nosowy wokal, zbyt monotonne linie melodyczne i raczej średni poziom kompozycji samych w sobie. Brakuje jeszcze czegoś. Polotu brakuje. Polotu.

www.progrockrecords.com

MLWZ album na 15-lecie