D Project

King Of Agogik - Membranophonic Experience

Artur Chachlowski,

ImageTen album zaciekawił mnie od samego początku. Przyznam, że zazwyczaj nie spędzam z tego typu muzyką zbyt wiele czasu, ale ten krążek zauroczył mnie swoją melodyjnością, ciekawym pomysłem na muzyczną ekspozycję instrumentów perkusyjnych oraz prawdziwym kunsztem wykonawczym.

King Of Agogik jest solowym przedsięwzięciem niemieckiego perkusisty Hansa Jorga Schmitza. Głównym celem tego wydawnictwa "Membranophonic Experience" było zademonstrowanie niesamowitych technicznych umiejętności tego muzyka. A że Schmitzowi ich nie brakuje, to wyszedł mu całkiem zgrabny album, który dokumentuje tezę, że perkusja to ważny i ciekawy instrument, a grający na nim muzycy powinni cechować się ogromnym polotem i nieprzeciętnymi zdolnościami. Wielkich „perkusyjnych” nazwisk w świecie muzyki rockowej nie brakuje. Schmitz to artysta młodszego pokolenia i dzięki posiadanej przeogromnej palecie umiejętności potrafi pokazać na ile różnych sposobów można wykorzystać ten instrument. Na płycie „Membranophonic Experience”, która w podtytule ma znamienną deklarację: „A drummer’s little egotrip” znajduje się kilkanaście tematów, głównie instrumentalnych, choć w niektórych z nich słychać wokale lub narracje, ale są one raczej traktowane jako dodatkowy instrument. Hans Jorg Schmitz nie epatuje słuchacza długimi perkusyjnymi solówkami, chociaż ich też nie brakuje, jak na przykład w utworach „Ora” i „Me And The Birch”. Korzysta on z rozbudowanego zestawu bębnów, talerzy, cymbałów, dzwonków i gongów, ale wykorzystuje ją w oprawie innych instrumentów: gitar (grają na nich Dirk Wilms, Pantelis Petrakakis), mandolin (Dirk Wilms) i basu (Volker Cornet). Schmitz posługuje się też licznymi samplami i dźwiękami generowanymi z syntezatorów.

Jego kompozycjom nie sposób odmówić melodyjności, jak w „The Sun Set”, formalnych eksperymentów, jak „połamany” rytm bolero w „The Lobero”, a przede wszystkim poczucia humoru i zabawnych skojarzeń. Najlepszym tego przykładem jest utwór zatytułowany „Go Where The Pepper Grow”. Znającym angielski nie trzeba tłumaczyć znaczenia tego tytułu. A że ma on w sobie słówko „pepper”, to Hans z właściwym sobie humorem wplata w ten utwór kilkanaście nut z beatlowskiego „Sierżanta Peppera”. Takich cytatów jest zresztą więcej. Mamy na tej płycie motywy zaczerpnięte z genesisowskiego „Los Endos” (w „McWok”), pinkfloydowskiego „Wish You Were Here” (w „DDW”), jest tu i Queen, i Stonesi, i wiele, wiele innych tego typu mrugnięć okiem do słuchacza. Chwilami słuchanie albumu „Membranophonic Experience” przypomina rebus albo zabawę w rozszyfrowywanie muzycznych tematów wplatanych w kompozycje Schmitza.

Czy to prog, czy art rock, czy jazz rock, czy fusion? Nieważne. Album autorstwa Hansa Jorga Schmitza jest bez wątpienia ciekawym eksperymentem formalnym, którego celem było uwypuklenie znaczenia żywej perkusji we współczesnym rockowym instrumentarium. Gra Schmitza nie jest typową sztuką dla sztuki. Jest ona raczej sztuką samą w sobie.

Muzyk ten pokazał, że wybitny perkusista musi być człowiekiem o otwartym umyśle i nietuzinkowych możliwościach. Gdy te cechy idą w parze z talentem, wówczas mamy do czynienia z tak interesującą muzyką, jaka wychodzi spod jego rąk i stóp. A właściwie z serca i głowy. Jego gra na „Membranophonic Experience” to nie tylko rytm i tempo. To także melodyka, a cała płyta sprawia wrażenie doskonale przemyślanej i matematycznie wręcz precyzyjnej układanki.

A podobno wszyscy perkusiści to odpowiednicy lewoskrzydłowych w drużynie piłkarskiej. Też są mocno „zakręceni”...

/www.schlag-das-zeug.de
MLWZ album na 15-lecie