White Willow - Signal To Noise

Wojtek "Foreth" Bieroński,

ImagePrzyznam, że odkąd sięgam pamięcią, do muzyki norweskiej grupy White Willow mam stosunek mocno ambiwalentny. Z jednej bowiem strony zespół reprezentuje szalenie przez mnie lubiany nurt zabarwionego jesienią i barwami mellotronu skandynawskiego art rocka. Z drugiej strony odnoszę natomiast wrażenie, że swą dość dużą popularność grupa zdobyła głównie dzięki temu, iż porusza się w tak lubianej przez słuchaczy stylistyce, w mniejszym stopniu zaś przez samą jakość swojej muzyki. Oczywiście nie chciałbym, by moje słowa zabrzmiały niczym całkowite deprecjonowanie twórczości White Willow. Ma ona swoją, całkiem sporą wartość, lecz przy porównaniu z Anekdoten, czy Paatos, to dla mnie jednak zdecydowanie druga liga.

To jednakże nie koniec porównań pomiędzy tymi trzema zespołami (choć rzecz jasna można by dodawać i inne). A wszystko przez charakter najnowszego wydawnictwa White Willow, zatytułowanego Signal To Noise, na którym następuje odwrót od wiodącej we wcześniejszej dyskografii stylistyki. No i właśnie... skąd my to znamy? Anekdoten odcinający crimsonowską pępowinę na Gravity, Paatos romansujący z post-rockiem... Nie wiem, czy można to nazwać modą, ale równolegle ze zjawiskiem, którego obecnie dotyczy nasza ankieta (czyli mariażu neoproga z progmetalem), zaobserwować można inne: pewien odwrót od crimsoidalności kilku popularnych skandynawskich zespołów. Z pewnością nie wszystkim się to podoba, ba!, opinie w tej sprawie są zapewne tak bardzo podzielone, jak te odnośnie łączenia neoprogressive z elementami metalu. Muszę jednak przyznać, że jeśli chodzi o kwestię dotyczącą Skandynawów, osobiście jestem zdecydowanie na „tak”. Tak więc nie miałem zupełnie nic przeciwko stylistycznym skokom w bok, zapowiadanym na Signal To Noise. Wiem, że wielu słuchaczy ma. Dotyczy to również recenzentów. Stąd rozrzut ocen tego wydawnictwa był, jest i będzie pewnie spory, gdyż u niektórych fanów art rocka płyta już na starcie miała minus, u innych zaś zyskiwała plusa. Do tych ostatnich zalicza się wyżej podpisany. Stąd też przed rozpoczęciem przygody z nowym dziełem White Willow miałem cichą nadzieję, że a nuż zespół wskoczy tym albumem do absolutnego topu skandynawskiego art rocka?

I cóż... aż tak dobrze to może nie jest. Niemniej jednak Signal To Noise to dobra płyta. Stylistyczna rewolta zaowocowała tym, że zespół zrobił krok w kierunku nowoczesnej muzyki art rockowej. Zwłaszcza z uwagi na brzmienie klawiszy aura retro wciąż się tutaj unosi, lecz w zdecydowanie mniejszym stopniu, niż na poprzednich płytach. To nie koniec zmian, bowiem jedną z ważniejszych kwestii związanych z nowym wydawnictwem White Willow stanowi fakt pojawienia się w zespole nowej wokalistki – Trude Eidtang. Osobiście wolałem śpiew jej poprzedniczki, lecz Trude także dysponuje ładnym, ciekawym głosem.

Warto dodać, że na Signal To Noise usłyszeć możemy wiele znakomitych harmonii wokalnych w jej wykonaniu. To jedna z głównych zalet płyty, ale nie jedyna. Te inne to już... całe kompozycje. Przynajmniej niektóre, bowiem pierwsza połowa wydawnictwa wydała mi się o wiele lepsza niż druga. Już utwór numer dwa oferuje moim zdaniem to, co na tym albumie najlepsze. Kompozycja Splinters, bo o niej mowa, to prawie dziewięć minut przepięknej muzyki, pełnej urokliwych gitarowych tematów i wchodzących w ucho melodii. Podobać może się również niepokojący, otwierający album Night Surf. To niby ledwie cztery i pół minuty grania, a dzieje się tu naprawdę dużo. Do wyróżniających się kompozycji na płycie zaliczyć można także rozbudowaną balladę The Lingering.  Poprzedzający ją Joyride to natomiast najbardziej piosenkowy kawałek na Signal To Noise. Dodajmy, bardzo uroczy. Co ciekawe, zespół ilustruje ten utwór... fiatem 125 p (co możecie zobaczyć na MySpace)! Jak już wspomniałem, w drugiej części albumu napięcie trochę siada, ale to głównie za sprawą jednej kompozycji: instrumentala Chrome Dawn, który - co tu dużo mówić - jest przeraźliwie nudny.

Norwegów pochwalić należy za to, że wszystko za Signal To Noise wydaje się bardzo przemyślane. Szkoda tylko, że aranżacje,  pomimo że staranne, są czasami dosć ubogie, wręcz ascetyczne. Wiem, że to czasami jest metoda. Ale mimo wszystko na Signal To Noise brakuje mi nieco bardziej wyrazistego klimatu dźwiękowego, z kreowania którego skandynawska scena przecież słynie. Może zabrakło tutaj ręki np. takiego Stevena Wilsona jako producenta, który z niektórych naprawdę fajnych pomysłów White Willow wyczarowałby coś więcej. No ale cóż... White Willow to nie Paatos.

Z drugiej strony – skoro tak już porównuję i porównuję – Paatos jednak w tym roku zawiódł, a White Willow przynajmniej moim zdaniem – nie. Najnowsze dzieło Białej Wierzby nie rzuca na kolana, ale to doprawdy kawał niezłej muzyki.

MLWZ album na 15-lecie