Genesis, Chorzów, 21.06.07

Artur Chachlowski,
Nie zapomnę też widoku przemoczonych twarzy. Twarzy, na których malował się mokry uśmiech. Mokry od deszczu? A może od łez?... 
Choć od tego wielkiego koncertowego wydarzenia minęło już trochę czasu, to chyba wszyscy nadal jesteśmy oszołomieni wspaniałym spektaklem w deszczu, który miał miejsce w czwartek 21 czerwca na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Zespół Genesis zagrał przed polską publicznością. Genesis z Philem Collinsem, Tonym Banksem i Mikiem Rutherfordem w składzie. W takiej konfiguracji osobowej wystąpili w naszym kraju po raz pierwszy. W trakcie ostatnich kilku dni napisano i powiedziano już chyba wszystko na temat tego koncertu. Jako najkrótszą recenzję napiszę tylko tyle: ci, którzy nie zdecydowali się wybrać do Chorzowa naprawdę mają czego żałować. Blisko 50 tysięcy ludzi było bowiem świadkami niepowtarzalnego koncertu. Koncertu, którego atmosfery nie da się oddać słowami. Trzeba było naprawdę tam być, widzieć na własne oczy to, co działo się na przeogromnej scenie, słyszeć tę muzykę na własne uszy, no i doszczętnie zmoknąć przez dwie i pół godziny w deszczowej ulewie. Ba, czy to był deszcz? To przecież chwilami była prawdziwa nawałnica, ściana wody lejąca się z nieba połączona z błyskawicami i grzmotami przechodzącej nad Śląskiem burzy.

Gdy kilkanaście minut po godzinie 20:00 odziany w pelerynę zasiadłem na krzesełku w 31 sektorze Stadionu Śląskiego moim oczom ukazał się niepowtarzalny widok. Trybuny wypełnione do ostatniego miejsca, a na płycie boiska nieprzebrane tłumy widzów. No i nagle z głośników dotarł do tak licznie zgromadzonej publiczności mrożący rozgrzaną z podniecenia krew w żyłach komunikat, że z powodu pogody koncert rozpocznie się trochę później, o 20:45, lecz w przypadku, gdyby warunki atmosferyczne uległy dalszemu pogorszeniu, to koncert zostanie przerwany. Te słowa padły dosłownie w chwili, gdy do Polski zawitało astronomicznie lato. I pomyślałem sobie: cóż to za paradoks! Przecież przez ostatnie miesiące mieliśmy wymarzoną aurę i, o zgrozo!, tego akurat dnia niebiosa zgotowały nam taką piekielną niespodziankę. Ale gdy w końcu zespół pojawił się na scenie i główni aktorzy zaczęli wreszcie grać, lejący się z nieba gęstymi strugami deszcz jakby w ogóle nie przeszkadzał. Dopiero po koncercie poczułem, że mam przemoczony doszczętnie każdy element garderoby. No, ale przecież tego wieczora liczyła się tylko muzyka. I obecność zespołu Genesis na scenie. Gdy po rozpoczynającej koncert sekwencji z „Duke’a” w postaci „Behind The Lines” i „Turn It On Again” Phil Collins przywitał się z widzami, od razu nawiązał z nimi wspaniały kontakt. Z właściwą sobie swadą rzucił o ulewie: „f... deść” i wraz ze swoimi kolegami z zespołu zabrał się do roboty. Powiem od razu, że Phil był tego dnia w rewelacyjnej formie. I to zarówno wokalnej, i fizycznej, jak i muzycznej, bo na perkusji grał z takim polotem, jak za swoich najlepszych lat. Niezwykle ucieszył mnie fakt, że jest on nadal wspaniałym showmanem i potrafi doskonale panować nad tempem koncertu. Nie było po nim widać śladu tego, że kiedyś miał problemy ze słuchem i myślał nawet o wycofaniu się z występowania na żywo. W pewnym momencie koncertu na ogromnych telebimach wszyscy mogli dostrzec zbliżenie jego przemoczonej postaci w mokrusieńkiej kurtce i kompletnie przemoczonej czapeczce na głowie. Śpiewał w strugach deszczu jakby na znak solidarności z moknącą publicznością. To był gest, który mocno chwycił za serce. I choć byłem sto razy bardziej mokry od Phila, to jakoś na sercu zrobiło mi się go żal, że on też moknie w strugach deszczu. A cudownie rozwijającemu się koncertowi szalejąca nawałnica i burza nadawała nowego wymiaru. Pojawiające się dokładnie w przerwach pomiędzy utworami grzmoty i błyskawice - to było coś zgoła cudownego. Żaden pirotechnik by tego nie wymyślił. Proszę wyobrazić sobie czarne niebo rozjaśnione przez siatkę błyskawic pojawiających się dokładnie w ostatnich sekundach utworów „Land Of Confusion” i „Afterglow”. Efekt, nomen omen, piorunujący. Bajka dla oczu!

Zagrali właściwie wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Gdy w pewnym momencie Collins zapowiedział, że „teraz będzie stara piosenka” i rozległy się pierwsze dźwięki „In The Cage” publiczność wręcz oszalała. A na ogromnej scenie, a właściwie na jej tylnej ścianie o wymiarach 54x12m miliony kolorowych diod zaczęły czarować oczy widzów niesamowitymi obrazami. Ta wielka scena zamieniła się w gigantyczny ekran, na którym wyświetlane były obrazy graficzne i filmy. W „In The Cage” scena przeistoczyła się w ogromną klatkę z czerwonymi prętami, za którą dostrzec można było wygenerowaną przez komputer szamoczącą się postać Raela. Cudownie zrobiło się na tym przeogromnym ekranie, gdy w trakcie „Follow You Follow Me” mogliśmy podziwiać korowód postaci znanych z okładek płyt zespołu. Phil Collins siedział za swoją perkusją i wspaniale śpiewał do przenośnego mikrofonu, a na ekranie po cienkiej linie maszerowali jeden za drugim grubaśny Duke, i płaczący Squonk, i diabeł z okładki „Trick Of The Tail”, i postać w sukni i masce lisa z „Foxtrota”, i ludzik patrzący w niebo z „We Can’t Dance”, i Cynthia z „Nursery Cryme”, i leniwie leżący na ławce Jacob z „Selling England By The Pound”. A utworowi „I Know What I Like” towarzyszył fenomenalny teledysk, który był wizualną historią grupy Genesis. Z prawa na lewo przesuwały się filmowe sekwencje z całej biografii zespołu. Tak, to było 40 lat działalności „Genesis w pigułce”. A na ekranie można było dostrzec twarze Steve’a Hacketta, Petera Gabriela, Anthony Philipsa, a nawet Billa Bruforda. I jeszcze jedno: niezapomniana była bajkowa sekwencja wizualna towarzysząca utworowi „Ripples”. Phil Collins łamaną polszczyzną w przeuroczy sposób wyjaśnił, że z dzielnicy czerwonych latarni (jego słowa padły bezpośrednio po fenomenalnym wykonaniu przebojowej „Mamy”) zabiera nas w krainę, w której „fruwają motyle”. Zresztą przez cały czas koncertu zabawiał on przemoczoną publiczność jak tylko to on potrafi. Było więc wywoływanie duchów i historia o „strachnym” domu, w którym mieszka „duch”, czyli zapowiedź „Home By The Sea”, było też wyjaśnienie efektu domina i fantastyczna interakcja z widzami, w trakcie której reflektory rozświetlały poszczególne sektory stadionu...

Fenomenalny to był koncert. Zespół pokazał się nam w cudownej formie, a poszczególni muzycy spisywali się wręcz znakomicie. Po plecach przechodziły ciarki, gdy Daryl Stuermer wykonywał pamiętne gitarowe solo z „Firth Of Fifth”. Rewelacyjnie i widowiskowo  wypadł słynny „drum duet”, czyli perkusyjny pojedynek Phil Collins - Chester Thomson, który był wstępem do finałowej sekwencji „Los Endos / Tonight, Tonight, Tonight / Invisible Touch”. A potem jeszcze chwytające za serce podziękowanie Collinsa dla ekipy technicznej oraz dla polskiej publiczności, która pomimo ekstremalnie niesprzyjających warunków tak cudownie reagowała na to wszystko, co działo się na scenie. Na bis zagrali nam jeszcze „I Can’t Dance” oraz „Carpet Crawlers”. A w finale sztuczne ognie rozjaśniły  pokryte groźnymi chmurami niebo. Dwie i pół godziny zleciało tak, że nie wiadomo kiedy. I nawet naprawdę człowiek nie poczuł, że przemókł do suchej nitki. Trudno było odróżnić na uśmiechniętych twarzach widzów, czy to krople deszczu, czy łzy szczęśliwości?… I gdy już po tym fantastycznym spektaklu rozbłysły wszystkie stadionowe jupitery, gdy publiczność w strugach wciąż lejącego deszczu zbierała się do wyjścia, z głośników po cichutku rozległo się cudowne muzyczne pożegnanie: płynący z taśmy utwór „Fading Lights”. Tysiące przemoczonych do suchej nitki, ale uśmiechniętych i rozradowanych ludzi zaczęło swój pochód do samochodów stojących na parkingach.

I wciąż towarzyszył im ten upiorny deszcz. Niesamowity deszcz, który uporczywie lał przez cały czas trwania koncertu. Przestał padać jakiś kwadrans po tym jak opuściłem Stadion Śląski. Paradoks? Tak widocznie miało być. Proszę mi wierzyć, że było najcudowniej na świecie. To był prawdziwy koncert życia. Myślę, ze nie tylko dla mnie. Dla wszystkich, którzy byli tego wieczora na Stadionie Śląskim. To był występ z gatunku do zapamiętania na zawsze. Nie zapomnę go nigdy. Pozostanie w sercu. Nie zapomnę też widoku przemoczonych twarzy. Twarzy, na których malował się mokry uśmiech. Mokry od deszczu? A może od łez?...                                                                                             

P.S. Dzień po koncercie wziąłem do ręki wydaną niedawno biografię Genesis pt. „W krainie muzycznych olbrzymów” autorstwa Łukasza Hernika. Na 116 stronie znalazłem taki oto fragment: „(...) czterodniowy festiwal w Lincoln dał początek przekleństwu, jakie wisi nad zespołem po dziś dzień. Ilekroć grają koncert na świeżym powietrzu, zawsze leje. 29 maja 1972 roku publiczność tonęła w strumieniach błota i było tak zimno, że organizatorzy rozdawali artystom i słuchaczom bele słomy”. W Chorzowie nie było aż tak źle, ale gdybym przeczytał to wcześniej, pewnie ubrałbym się odrobinę cieplej...

Setlista koncertu:

  1. Behind the Lines
  2. Turn It On Again
  3. No Son Of Mine
  4. Land of Confusion
  5. In The Cage/The Cinema Show/Duke's Travels/Afterglow
  6. Hold on My Heart
  7. Home by the Sea
  8. Follow You Follow Me/Firth of Fifth/I Know What I Like
  9. Mama
  10. Ripples
  11. Throwing It All Away
  12. Domino
  13. Drum Duet
  14. Los Endos
  15. Tonight Tonight Tonight/Invisible Touch
  16. I Can't Dance
  17. Carpet Crawlers
MLWZ album na 15-lecie