Porcupine Tree - Kraków, 07.07.2007

Wojtek "Foreth" Bieroński, Najlepszy koncert PT, jaki widziałem.

ImageZ reguły prawie każdy koncert wydaje nam się być czymś niepowtarzalnym i magicznym, a gdy przychodzi o tym wydarzeniu pisać, nagle sytuacja się odwraca – niepowtarzalność niknie, a wszystko zostaje ze sobą zrównane, bo oto po raz kolejny przychodzi napisać właściwie to samo: było wspaniale. Owszem, czasem zdarzy się jakiś koncert-niewypał, ale powiedzmy sobie szczerze – zdecydowaną większość wydarzeń koncertowych relacjonujący czy to na portalach, czy na forach, czy też w pubie przy piwie, okraszają komentarzem: „to był piękny wieczór”. I tak też sobie zwykle myśli ten, kto głowi się zarazem, jak do diabła o tym napisać innymi słowamij? Czasem na koncercie zdarzy się dodatkowy smaczek: jakaś awaria oświetlenia się zdarzy, komuś pęknie struna, lub wejdzie taki jeden odważny na scenę i krzyknie do mikrofonu, że Anekdoten to Pink Floyd dwudziestego pierwszego wieku – cieszy się wtedy piszący relację, bo będzie czym tekst urozmaicić. No ale jeśli się nie zdarzy to pozostaje poddać się monotonii i pisać to, co i tak już większość wie: że było wspaniale, że nagłośnienie do bani/niezłe/świetne, że zagrali to a to, że nie zagrali tego a tego. Można też próbować innych manewrów – np. nadać relacji specjalnego charakteru. Przykładowo może to być charakter survivalowy, kiedy to czytelnik ma wrażenie, że recenzent był nie na Rubiku, lecz na Kilimandżaro. Nawiasem mówiąc, ten manewr jest całkiem niezły. No i jest jeszcze jedno wyjście: omijać relacje koncertowe szerokim łukiem. Tą technikę stosował właśnie wyżej podpisany. Skoro jednak otwarliśmy w naszym serwisie dział z felietonami, wywiadami i relacjami, z przyjemnością podzielę się z Wami wrażeniami na temat ostatniego występu Porcupine Tree i Pure Reason Revolution w krakowskiej Hali Wisły. Jako że trudno zrobić wyprawę na Kilimandżaro z półgodzinnej wyprawy do Hali Wisły środkami komunikacji miejskiej z jedną przesiadką, wygrała tradycyjna opcja pisania koncertowej relacji więc od razu napiszę, że był to koncert wspaniały.

Trzeci raz było mi dane zobaczyć Porcupine Tree w Hali Wisły i muszę przyznać, że z każdego kolejnego występu Jeżozwierzy w tym miejscu wracam coraz bardziej zauroczony. W sobotę było bowiem zupełnie inaczej niż przy okazji In Absentia tour, kiedy to zespół średnio angażował się w swój występ i troszkę mnie tym rozczarował. Z uwagi na lepsze brzmienie, jeszcze wspanialszy klimat i jeszcze więcej emocji sobotni występ grupy będę także wspominał lepiej od udanego skądinąd koncertu promującego płytę Deadwing. Jednakże zanim Steven Wilson i spółka uczynili ten wieczór magicznym, całkiem punktualnie na scenie pojawiła się grupa Pure Reason Revolution i – co tu dużo mówić – także nie zawiodła. Obwołany największym progresywnym objawieniem 2006 roku zespół dał prawie godzinny, energetyzujący występ. Kontaktu z publiką nawet nie próbowali nawiązać, ale czuć było radość z grania i pasję w tym, co robią. Ciężko mi się rozpisywać na temat walorów artystycznych, bo nie należę do osób, których ubiegłoroczna płyta The Dark Third powaliła. Niemniej jednak występ potwierdził, że co by nie mówić o samej jakości materiału, jest to zespół, który na miejscami skostniałej scenie progresywnej faktycznie wyróżnia się oryginalnością swej muzyki. Przeciekawa jest ta ich melodyka, oparta na damsko-męskich „dialogach” wokalnych, na których budują cale kompozycje. Bardzo fajnie wplatają elementy elektroniki w struktury progresywne, przez co często mam wrażenie, jakby była to muzyka odtwarzana późnym wieczorem w jakimś klubie, gdzie siada się, sącząc drinka, widząc przed sobą ferię fluorescencyjnych świateł i dumając o filmach a’la Blade Runner. I jeszcze jedna rzecz. Ozdobą tego koncertu (jak i każdego innego PRR) była Chloe Alper. Muszę przyznać, że ilość zachwytów nad jej urodą, które miałem okazję ostatnimi czasy przeczytać (żeby to tylko przeczytać – fankluby powstają! ;) ), aż podejrzana mi się wydawała. Bo my-chłopy to lubimy idealizować, zwłaszcza takie pięknie oświetlone na scenie rodzyneczki pośród męskiej muzycznej braci. No więc kajam się za te nie mające pokrycia w rzeczywistości myśli i z całą stanowczością stwierdzam, że w zewsząd napływających peanach na cześć urody Chloe nie ma krzty przesady. Basistka PRR jest po prostu prześliczna. Tak więc nie muszę chyba mówić, że mieć zdjęcie razem z Chloe (a mam!) to rzecz wręcz bezcenna. By fragment ten przypominał bardziej reklamę pewnej karty płatniczej wcześniej powinno stać: puszka Pepsi dla zmęczonego fana – 2 zł, płyta PRR – 50 zł, koszulka  - 80 zł, ale automat z Pepsi w Hali Wisły się zepsuł, płytę już mam, a na koszulkę miałem za mało kasy. Tak więc ograniczę się do ostatniego fragmentu słynnej reklamy i powtórzę, że zobaczyć w korytarzu hali przy Reymonta Chloe Alper i zrobić sobie z nią zdjęcie – bezcenne.

Cóż, troszkę odbiegłem od tematu. Przypominam, że nie czytacie świadectwa Wojciecha z serwisu Przeznaczeni, lecz relację z koncertu Porcupine Tree w Hali Wisły. W końcu i na nich przyszedł czas, było około dziesięć, czy piętnaście po dwudziestej pierwszej, gdy zameldowali się na scenie. W pierwszej części swojego występu zagrali caluteńkie Fear of a Blank Planet. Słowem, jak ktoś wchodząc do Hali Wisły nie słyszał jeszcze nowej płyty PT, to już ją zna. Wszystkie kompozycje zilustrowano materiałami video, wyświetlanymi na dużym ekranie. Baj de łej - obok mnie ktoś powiedział do swojej towarzyszki, by się tym faktem tak nie podniecała, bo ten ekran to tylko szmata. Szmata, czy nie szmata – efekt był zaiste piorunujący. Wspaniałe zabrzmiało magnum opus najnowszej płyty, czyli Anesthetize. Lecz momentem, przy którym totalnie zatraciłem się w tym audiowizualnym przekazie i kiedy stałem wręcz zahipnotyzowany, było przedostatnie na albumie Way Out Of Here. Na płycie utwór ten mnie nie powalił. Ale jak go się widzi przy akompaniamencie przedstawionej na wyświetlaczu sekwencji video, kiedy wszystkie partie (zwłaszcza ta heavymetalowa siara na końcu) nabierają nowego znaczenia... to jest to po prostu coś niesamowitego. Stałem podczas tego utworu jak słup soli, urzeczony niesamowitą dramaturgią i miałem wrażenie, że inni ludzie też jakby osłupieni, jakby zastanawiali się, czy to jeszcze muzyka, czy już coś więcej. Kiedy zaś pod koniec utworu pociąg na telebimie stawał, a gitarzyści ilustrowali to muzycznie piskliwymi, kakofonicznymi dźwiękami (swoją drogą znakomity pomysł) przez chwilę myślałem, że po tym utworze zapadnie cisza, nikt nie klaśnie, nikt się nie odezwie. Tak trwałem przez kilka sekund, po czym dołączyłem się do burzy braw.

Setlista drugiej części występu zaskoczyła. Wilson sięgnął bowiem między innymi po kawałki, które nie należały do sztandarowych numerów koncertowych PT, jak i czasem nie należały nawet do podstawowych wersji albumów. Z tych tzw. outtakes pięknie zabrzmiało choćby Drown With Me. Wspaniale było także usłyszeć Sever z pamiętnej płyty Signify, jak i nie usłyszeć np. A Sound of Muzak, który grali już w Hali Wisły dwa razy. Słowem, urozmaicenie setlisty kosztem słynnych, lecz słyszanych już niejeden raz na koncertach kompozycji, stanowiło kolejny plus tego występu. Występu, z którego wróciłem oczarowany nie tylko urodą Chloe, lecz również kunsztem artystycznym bohaterów tamtego wieczoru. Bowiem zaiste był to fantastyczny koncert ze świetnym jak na Halę Wisły nagłośnieniem.

MLWZ album na 15-lecie