Riverside, Osada Vida, Totentanz - Kraków, 17.10.2007

Wojtek "Foreth" Bieroński,

ImageZnajdujący się na końcu terminarza polskiej trasy Rapid Eye Movement Kraków, uniknął komplikacji spowodowanych niedyspozycją głosową Mariusza Dudy. Tak więc zgodnie z planem, czyli 17 października sympatycy grupy Riverside mieli okazję zobaczyć i usłyszeć ten zespół w Klubie Studio. Myślę, że wielu z nich miało w pamięci wyśmienity występ warszawiaków w tym samym miejscu po wydaniu płyty Second Life Syndrome. Apetyty na muzyczną ucztę z pewnością były więc spore.

Zanim jednak na scenie pojawiło się Riverside, prawie półtorej godziny grały nam dwa supportujące zespoły: Osada Vida i Totentanz. Zaglądając w Internecie tu i ówdzie miałem okazję się przekonać, że zwłaszcza ten drugi, stylistycznie troszkę jakby z innej bajki w porównaniu do Osady i Riverside, wywołał jako support wiele dyskusji i emocji. W Krakowie na pewno muzyka Totentanz nie „poniosła” całej sali, widział to chyba sam wokalista zespołu, wszelkimi siłami próbując jakoś rozruszać widownię. Nie powiedziałbym jednak, że ów występ był jakąś katastrofalną klapą. Muzycznie mnie to melodyjne, oparte na ścianie gitar, proste granie ani grzało, ani ziębiło, niepokojące teksty całkiem mi się za to podobały. O występie Osady Vida także wypowiedziałbym się w takim właśnie, mocno umiarkowanym tonie. W tym wypadku utwierdziłem się w przekonaniu, jakie miałem po zapoznaniu się z płytą Three Seats Behind A Triangle, że na pewno jest to zespół z potencjałem, ale i grupa, przed którą sporo pracy, by ich muzyka nabrała siły wyrazu i zaczęła się wyróżniać spośród tysięcy podobnych stylistycznie zespołów. Warto jeszcze dodać, że swobodą na scenie zaimponował basista i wokalista Łukasz Lisiak – uśmiechnięty i wyluzowany miał dobry kontakt z publiką, więc tak trzymać, panie Łukaszu!

Supporty, przerwy i puszczona jako prolog kompozycja Rapid Eye Movement sprawiły, że Riverside pojawiło się na scenie dopiero około 21:30. Gdy już muzycy znaleźli się przy instrumentach, chyba każdy z obecnych na sali myślał „jak zaśpiewa Mariusz Duda?”. Ten lojalnie i humorystycznie uprzedził wszystkich, że pewne problemy z partiach wyższych i ostrzejszych mogą wystąpić, po czym ruszyła muzyka, a on zaśpiewał. No i pierwsze wrażenie – jest źle. O wiele za głośna gitara prawie Mariusza w Beyond The Eyelids zagłuszyła, a nie tak mocny jak zwykle głos zdawał się niknąć i niknąć. Na szczęście to pierwsze wrażenie spowodowane było chyba właśnie źle skalibrowanym poziomem głośności, bowiem po chwili ściszono nieco gitarę i od tego momentu głos Mariusza niósł się już jak trzeba. Po koncercie nie miałem więc już wątpliwości, że jak na człowieka tuż po, a właściwie w trakcie kuracji związanej ze strunami głosowymi, Mariusz pokazał klasę i zaśpiewał bardzo dobrze. Nie zmienia to faktu, że przez cały koncert poziom głośności gitary Piotra Grudzińskiego był moim zdaniem za wysoki. W wypadku problemów głosowych wokalisty lepiej byłoby pomylić się w drugą stronę i puścić ją nieco za cicho.

Poza kwestiami związanymi z nagłośnieniem, w samych superlatywach wypada mi się wypowiedzieć o występie Riverside. Bo skoro najnowsza płyta zacna, to i koncert oparty na utworach z tej płyty zacnym być powinien. A na dodatek w końcu usłyszałem mój ulubiony kawałek z ich repertuaru, czyli I Turned You Down. Zespół pracował, jak dobrze naoliwiona maszyna. Może w kontekście tego, co napisałem powyżej, zabrzmi to trochę ironicznie, ale pięknych partii gitarowych Piotra Grudzińskiego wręcz nie sposób było nie słyszeć. Piotr Kozieradzki dwoił się i troił za swym zestawem perkusyjnym, jak zwykle stoicko spokojny na scenie Michał Łapaj z pietyzmem kreował klawiszowe tła. No i Mariusz Duda, o którym jeśli się pisze, to w głównej mierze wychwalając jego talenty wokalne. W sumie to się temu nie dziwię, bo gdy wokalista z przypadku okazuje się tak śpiewać, to jest to sensacja. Dla mnie jednak Mariusz Duda to – owszem – świetny głos, ale przede wszystkim fe-no-me-nal-ny bas. Być może ocena ta wynika z faktu, że uwielbiam tę niezwykle dynamiczną szkołę grania na basówce, gdy instrument ten sieje popłoch w brzmieniu i wysuwa się na czoło niczym gitara solowa. Nawet jeśli tak jest, to co mi szkodzi jeszcze raz powtórzyć, że uwielbiam słuchać, jak ten facet na tym swoim basie gra i cieszy mnie niezmiernie, że pod Wawelem zarówno jego, jak i pozostałych członków zespołu, usłyszeć możemy często. Do następnego razu – pomyślałem więc, gdy muzycy żegnali się z publicznością. Z publicznością, która w sumie dopisała. Musze jednak napomknąć o tym, że tydzień później w tym samym miejscu byłem na koncercie Fisha. Wchodząc wtedy do Klubu Studio byłem pewien, że z żywiołowością na sali będzie pewnie gorzej, bo to jednak Riverside w większym stopniu zdawał się przyciągać młodszą publikę. No i owszem – średnia wieku na koncercie Ryby tak na oko wydawała się nieco wyższa, ale była taka atmosfera, że jeżeli tuż po koncercie Riverside byłbym zdecydowany napisać „publiczność dopisała” to w niniejszym tekście dodaje jednak to „w sumie”.

MLWZ album na 15-lecie