Porcupine Tree, Anathema - Poznań, 28.11.2007

Wojciech Lewandowski,

ImageKoncert Porcupine Tree w poznańskiej Hali Arena to kolejny występ zespołu na trasie promującej ich najnowszą płytę „Fear of a Blank Planet”, a zarazem ich drugi występ w Polsce w tym roku. Choć słucham ich muzyki od lat, to po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć występ zespołu na żywo. Wiele dobrego słyszałem o ich poprzednich występach, a listopadowy koncert tylko potwierdził wszystkie pozytywne opinie.

Występ głównej gwiazdy wieczoru poprzedził ponad czterdziestominutowy show zespołu Anathema. Niestety opłakany stan polskich dróg uniemożliwił mi zobaczenie całego koncertu brytyjskich muzyków. Jednak końcowe fragmenty ich występu przekonały mnie, że warto lepiej poznać ich twórczość. Kończące koncert utwory pokazywały szerokie możliwości muzyków oraz ich zdolność do tworzenia przy pomocy dźwięków niezwykłej atmosfery.

Po dwudziestokilkuminutowej przerwie na scenę weszli muzycy Porcupine Tree. Krótkie intro szybko przerodziło się w otwierający koncert utwór „Fear of a Blank Planet”, którego wykonaniu towarzyszył film podkreślający jego wymowę. Z promowanej płyty muzycy zagrali jeszcze trzy utwory: „Anesthetize”, „Way Out of Here” oraz „Sleep Together”. Wszystkie zabrzmiały przejmująco, co było zasługą doskonałego nagłośnienia. Ponadto wyświetlane filmy wprowadzały w pesymistyczny świat obserwacji zawartych w tekstach utworów. Muzyka z „Fear of a Blank Planet” na żywo brzmiała bardziej dojrzale niż w wersji studyjnej.

Zespół sięgnął też po dwa utwory z singla „Nil Recurring”: „What Happens Now?” i „Cheating the Polygraph”. Obydwie kompozycje wypadły interesująco. Stylistycznie nie odbiegały od brzmienia, jakie zespół osiągnął na płytach „Deadwing” oraz „Fear of the Blank Planet”. Szkoda, że z pierwszej z wymienionych płyt zespół zagrał jedynie „Open Car”. Liczyłem na „Arriving Somewhere but not here”, ale przecież wszystkiego mieć nie można.

Zespół przypomniał także kilka utworów starszych, czy rzadziej granych na koncertach. Było to zresztą intencją muzyków. Steven Wilson, odpowiadając na prośby o wykonanie kompozycji „Shallow”, stwierdził, że chciałby tego wieczoru zagrać rzeczy mniej popularne. Spośród nich szczególnie dobrze wypadły „Sound of Muzak” oraz „Dark Matter”. Starsze kompozycje zabrzmiały bardzo współcześnie, tak jakby skomponowane były razem z ostatnimi albumami. Wykonana na bis kompozycja „Trains”, w której mieszają się ze sobą smutek i nadzieja – przynajmniej tak można było to odczuć tego wieczoru – stanowiła znakomite dopełnienie koncertu.

Występ Porcupine Tree trwał prawie dwie godziny, podczas których wielbiciele progresywnych brzmień mogli uczestniczyć w prawdziwej duchowej uczcie. Muzycy zaprezentowali znane i mniej znane utwory zespołu. Czuć było swobodę z jaką wykonują swoją muzykę. Sprawiała ona wrażenie autentycznej i poruszającej. Doskonale brzmiał głos Wilsona, który na poznańskim koncercie uzyskał dodatkową głębię, jakiej nie słychać na studyjnych nagraniach. Ten głos docierał do każdego zakamarka duszy, nie było możliwości aby pozostawił słuchacza obojętnym. Muzykę i słowa wspomagały obrazy, potęgując odbiór poszczególnych kompozycji oraz koncertu jako całości.

Podsumowując, listopadowy koncert Porcupine Tree stanowił prawdziwą ucztę dla fanów zespołu. Trudno było nie cieszyć się każdą minutą tego występu. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze zobaczyć zespół w równie dobrej formie.

 
MLWZ album na 15-lecie