Roman Odoj - Niepowtarzalna wrażliwość

Maurycy Nowakowski, Roman Odoj - Niepowtarzalna wrażliwość

NIEPOWTARZALNA WRAŻLIWOŚĆ – wywiad z Romanem Odojem

 

Maurycy Nowakowski: Zacznę banalnie, bo choć znam Cię nie od dziś, mam frajdę zadając to pytanie. Kim jest Roman Odoj i jak to się wszystko zaczęło? Możesz zacząć od stwierdzenia, że na początku był Genesis, ale oczywiście nie musisz.

Roman Odoj: Nie muszę, ale chcę. Na początku był Genesis! No może precyzyjniej Phil Collins i jego solowa twórczość, która zaprowadziła mnie w muzyczne rejony, daleko poza muzykę popularną. Bo nawet w jego przebojowym graniu było coś frapującego, co nie pozwalało słuchaczowi zostać w miejscu. To inspirowało do poszukiwań. Zaraz potem był Genesis z całym bogactwem solowych wydawnictw poszczególnych członków zespołu. To wystarczało, żeby zapełnić muzyką moje młode życie. Później odkrywałem kolejne zespoły zbliżone stylistycznie: Clannad, Camel, Collage, Arena… Można by wymieniać bez końca.

MN: Kiedy ze słuchacza zacząłeś przekształcać się w muzyka?

RO: Dosyć późno sięgnąłem po gitarę, około klasy VIII szkoły podstawowej. Pamiętam tylko, że jak już ją wziąłem w ręce, to grałem codziennie po kilka godzin przez kilka lat. Nie chodziłem do żadnej szkoły muzycznej i nie było Internetu, trzeba było polegać na własnym uchu. W szkole średniej korzystałem z wiedzy kolegów gitarzystów (dzięki Marcin), kupiłem pierwszą gitarę elektryczną i stare radio lampowe przerobione na wzmacniacz gitarowy. Potem zostałem nauczycielem matematyki, bo nagle królowa nauk stała się też moją pasją. Bycie nauczycielem dawało i daje nadal sporo satysfakcji. I tak by to się pewno skończyło, gdyby pewnego dnia Mariusz Bryś nie poprosił mnie o zagranie i zaaranżowanie jego płyty „Mistyczny stan”. Przy tej okazji poznałem basistę Arka Sucharę. Zaprzyjaźniliśmy się, Arek zaprosił mnie do swojego projektu ASformation, zacząłem pracować jako nauczyciel gitary w Młodzieżowym Studium Muzyki Rozrywkowej w Oleśnie. Wraz z dawną przyjaciółką z dzieciństwa Pauliną Obstój i Pawłem Pindurem stworzyliśmy zespół DiPamp. Zacząłem być postrzegany jako muzyk.

MN: Grałeś jazz-rocka z AS Formation, grałeś też elektro-pop w Di Pamp, teraz ujawniasz się z autorską płytą, której najbliżej do stylistyki artrockowej. Jaka jest prawdziwa muzyczna twarz Romana Odoja?

RO: Mam nadzieję, że właśnie taka różnorodna. Genesis i art rock, na którym się wychowałem zawsze pozostanie jako fundament. Jestem nieco sentymentalny więc Genesis pozostanie dla mnie najważniejszy. Przy czym nawet, gdybym wyzbył się sentymentów, ten zespół do dzisiaj przyprawia mnie o tak zwane „ciary”. Ale po drodze było i Dream Theater, potem fascynacja jazzem i fusion. Ale to co mnie zawsze zatrzymuje przy jakiejś płycie na dłużej, to dobre piosenki. Więc jako dojrzały człowiek stałem się wielkim fanem duńskiego Mew i Kanadyjczyków z TWRP czy It Bites. No i mam jeszcze marzenie, aby A-Ha nie przestawało nagrywać płyt. Dobra piosenka jest dzisiaj w cenie. Ciągle szukam i mam nadzieję, że jeszcze coś mnie zaskoczy i zachwyci. Gatunek nieistotny.

MN: Jeśli nie gatunek, to co dla Ciebie jest istotne? Wiarygodność i szczerość, sfera emocjonalna, treść przekazu, technika i perfekcja wykonawcza, czy może jeszcze coś innego?

RO: Równowaga pomiędzy wszystkimi elementami, które wymieniłeś. Jeśli jakikolwiek z tych czynników zaczyna dominować to robi się mniej ciekawie. Dlatego warto w procesie twórczym mieć kogoś zaufanego, kto obiektywnie zwróci uwagę, że czasem czegoś jest za dużo, a czegoś za mało. Takim kimś powinien być producent. Wszyscy doskonale wiemy, że mniej znaczy więcej, a jednak bez zewnętrznego upomnienia łatwo się zapomnieć. Ale to co powiedziałeś na końcu, czyli to „coś innego”. Sam tego nie nazwałeś, bo jeśli usłyszymy u wykonawcy to coś, czego nazwać nie potrafimy, to nas frapuje najbardziej. Nagle muzyka rezonuje w nas w dziwny sposób, zaskakuje, wydobywa z naszej wrażliwości i wyobraźni obrazy, o których istnieniu nie wiedzieliśmy. Tak jak w fizyce każdy przedmiot ma częstotliwość drgań własnych tak i my mamy taką niepowtarzalną wrażliwość. Dlatego muzyka, która mnie zachwyca kogoś innego będzie drażnić. Ale to coś nieodkrytego jest chyba najważniejsze.

MN: Słuchając płyty „Fiasko” zauważyłem, że choć nie eksperymentujesz, nie zapędzasz się w jakieś awangardowe rejony, to mimo wszystko ta muzyka jest w jakiś sposób odrębna, inna niż większość debiutów „około progrockowych”. Nie słyszę tu próby naśladownictwa popularnych w kręgach progresywnych wzorców. Nie ma Wilsonowania, riversajdowania, toolowania, ani dreamowania. Nie ma nawet flojdowania, genesisowania ani kingcrimsonowania. Wprawne ucho oczywiście wychwyci jakieś drobiazgi, echa progowej spuścizny – nie da się przecież od wszystkiego uciec – ale mimo wszystko „Fiasko” brzmi pod względem szufladek i inspiracji nietypowo. Inspirowałeś się kimś lub czymś, czy udało Ci się od wpływów jakimś cudem odciąć?

RO: Jak wspomniałeś nie da się uciec od inspiracji. W procesie twórczym ciekawe jest to, że czasem wychodzę z jakiegoś konkretnego wzorca, a dochodzę w zupełnie inne rejony. Sporo w tym materiale mojej fascynacji innymi twórcami. Szczególnie twórczością solową Hacketta, Genesis czy choćby Gong. Ale czy to słychać? Dałem dużą swobodę w interpretacji moim muzykom. Niczego nie narzucałem i pozwalałem grać po swojemu. Może dlatego przynajmniej Ciebie udało mi się nieco zwieść z inspiracjami. Część z moich muzyków nie wie co to progrock, bo siedzą mocno w funku, jazzie czy nawet hip hopie. Bardzo nie chciałem kolejnego perkusisty, który gra jak Portnoy. Lubię Portnoya, ale Portnoy jest jeden.

MN: Najdłuższy numer na „Fiasku” trwa chyba niespełna siedem minut. To w skali progrockowej niedługo, można więc powiedzieć, że w większości mamy do czynienia z piosenkami. Niebanalnymi, błyskotliwie zaaranżowanymi, ale jednak piosenkami. Mnie się to bardzo podoba, bo uważam, że trudniej jest o dobrą piosenkę niż pozornie efektowną suitę, gdzie często mamy do czynienia z nieudolnie połączonymi, niepasującymi do siebie fragmentami, albo graniem dla samego grania. U Ciebie jest konkret, „samo gęste”. Zgodzisz się ze mną?

RO: Tak. I bardzo się cieszę, że tak to właśnie odebrałeś. Punktem wyjścia zawsze jest dla mnie piosenka lub melodyjny temat. Lubię suity i mam nadzieję, że kiedyś nagram dobrą suitę. Mam jednak swój pogląd, że jeśli zespół nie potrafi nagrać dobrej, krótkiej piosenki, to nie powinien się zabierać za długie formy. Wszyscy wielcy twórcy progrocka mają na swoim koncie przeboje, to nie jest przypadek.

MN: Masz receptę na pisanie niebanalnych piosenek z potencjałem przebojowym? Na „Fiasku” są takie piosenki, mam tu na myśli przede wszystkim „Titan” i „One of You”, i zastanawiam się, na ile w ich przypadku zadziałała u Ciebie intuicja twórcza, a na ile doświadczenie i osłuchanie?

RO: Z receptami i przepisami jest tak, że jak pieczesz ciastka z tego samego przepisu to i tak czasem wyjdą lepsze, a czasem gorsze (śmiech). Kiedy pisałem te piosenki, doświadczenia jeszcze nie miałem, więc odpada. Pozostaje intuicja i osłuchanie. Większość piosenek powstaje poprzez improwizację. Nagle wpada mi w ucho coś co zagrałem, nagrywam i improwizuję, i jestem zachwycony. Słucham tego na drugi dzień i jeśli nadal mi się podoba, pracuję nad tym. Czasem w głowie pojawi się jakaś melodia, szczególnie kiedy pisze się do gotowego tekstu. Czasem jakaś linijka tekstu po prostu ma już swoją melodię i nie wiem jak to wytłumaczyć. Tak było z „One of You”. „Titan” był raczej wynikiem improwizacji na bazie riffów.

MN: Pomówmy chwilę o tekstach i o koncepcie. Dlaczego Lem? Dlaczego akurat „Fiasko”?

RO: Bo to moja ulubiona książka. Po prostu. Teksty to był chyba najtrudniejszy dla mnie proces przy powstawaniu tej płyty. Na początku to nie miał być to koncept album, ale niezwykle trudno pisało mi się teksty piosenek. Szukałem myśli przewodniej, co chcę przekazać światu, ale banał gonił banał. O miłości? Jak człowiek jest szczęśliwy to o czym pisać (śmiech)? O podróży w głąb ludzkiej duszy zagubionej we współczesnym świecie? Dziewięćdziesiąt procent płyt progrockowych jest właśnie o tym. No i przyszło olśnienie, że kosmos jest tematem wdzięcznym, a twórczość science-fiction daje wciąż możliwość przemycenia kilku ciekawych myśli.

MN: Pewnie nie wszyscy czytali „Fiasko”. Opowiedz po krótce o czym jest ta książka i w jaki sposób przełożyłeś jej treść na formę koncept albumu. To próba streszczenia i udźwiękowienia tej opowieści, czy rodzaj reakcji na nią, ustosunkowania się do jakiejś poruszonej w niej idei?

RO: Nie jestem godzien opowiadać o czym jest ta książka (śmiech). Nie będę udawał, że wszystko jest dla mnie w niej jasne i klarowne. Pewnie właśnie dlatego tak mnie fascynuje. W tekstach poruszyłem bardzo niewiele wątków z książki, więc jeśli jest to streszczenie, to mocno skompresowane. Lem zawsze stawiał pytania o pewne kwestie moralne pewnych ludzkich zachowań i zostawiał je bez odpowiedzi. Bo my szukamy łatwych odpowiedzi do pytań, których sami nie rozumiemy. Jednocześnie nie dostrzegamy własnych zachowań, które prowadzą nas wprost do katastrofy. U Lema zawsze było więcej science niż fiction, to nie „Star Wars”, więc przeczytałem książkę kilka razy, żeby znaleźć w niej akcję do opisania. Znalazłem jednak więcej dyskusji o tym kim jest człowiek, żeby decydować o rzeczach, które od niego nie zależą.

MN: Zaintrygował Cię ten temat? W sumie jesteśmy w takim momencie rozwoju cywilizacji, kiedy człowiek coraz częściej zaczyna podważać własne prawo do decydowania i ingerowania w niektóre sprawy. Z drugiej strony są też ludzie, którzy ciągle prą do przodu i chcą decydować o wszystkim w jeszcze większym stopniu. Brakuje nam (używam liczby mnogiej w sensie społecznym, globalnym) pokory i zgody na to, że niektóre sprawy są poza naszym zasięgiem, czy wprost przeciwnie, zaczyna brakować odwagi, by dalej zmieniać świat i reguły nim kierujące?

RO: Tak bardzo się wszyscy różnimy od siebie, że chyba nigdy nie znajdziemy jednej wspólnej drogi i pomysłu na ten świat. Twoje pytanie z jednej strony wybiega mocno poza treść płyty, a jednak z drugiej strony pytanie o kondycję świata trudno bagatelizować. Dlaczego muzykant i nauczyciel w wiejskiej szkole miałby się silić na poważne odpowiedzi (śmiech)? Ano dlatego, że obcując z jakąkolwiek sztuką każdy z nas zdecydowanie powinien poddać refleksji kondycję świata, który sam tworzy. Nie dajmy sobie tylko wmówić, że nic od nas nie zależy. Musimy zmieniać świat, bo taka jest natura człowieka i jeśli pozwolimy, by ktoś robił to za nas, nie skończymy za dobrze. Znany wszystkim banał: zacznij od siebie, jest jednocześnie tak prosty i tak trudny. Lem pod przykrywką treści fantastycznonaukowych miał bardzo konkretny przekaz dla ludzkości. Często ukryty, bo o doświadczeniach z wojny nie chciał mówić wprost i miał wiele podstaw, aby być pesymistą.

MN: Lem i idee zawarte w jego książkach to faktycznie temat rzeka, zdecydowanie nie do ogarnięcia przy okazji wywiadu po premierze płyty. Wróćmy zatem do muzyki. Jak wyglądały prace nad „Fiaskiem”? Napisałeś cały materiał, ale domyślam się, że do aranżacji, czy chociażby „przegrania” i uzupełnienia tych piosenek potrzebni byli muzycy. Robiłeś jakieś próby, współpracowałeś z kimś, czy jednak wszystko to, co słyszymy, ułożyło Ci się po prostu w głowie?

RO: Od początku zamysł był taki, aby była to płyta nagrana przez przyjaciół. Przez lata grania z różnymi muzykami zrodziły się przyjaźnie czy znajomości. Nagrałem w domowym studio dema wszystkich piosenek i rozesłałem muzykom z prośbą o dogranie różnych partii. Jak wspomniałem wcześniej pochodzą oni z różnych środowisk nie-progrockowych, co dodało tylko świeżości muzyce. W głowie był ogólny zamysł i kierunek, ale że moi przyjaciele to nieprzeciętni instrumentaliści, ostatecznie powstało coś, co mocno przerosło moje oczekiwania. Nad całością czuwał mój człowiek w studiu Azymut, Jakub Mokrzysiak, który podlał wszystko elektroniką i współprodukował całość. Chciałem kogoś komu ufam, a kto słucha tego obiektywnie, aby miał też ostateczne zdanie o całości. Dzięki Kubie wiem co nieco o elektronice w muzyce, a on wie kim są Gentle Giant (śmiech).

MN: Na pewno miałeś jakieś wyobrażenie tej płyty jeszcze przed jej powstaniem. Osiągnąłeś cel? Wiem, że matematyka i sztuka niekoniecznie chodzą ze sobą w parze, ale jakbyś oszacował stopień satysfakcji z osiągniętego efektu?

RO: Pierwszy raz w życiu się z Tobą nie zgodzę, bo matematyka to najwyższa obok muzyki sztuka (śmiech). Mają ze sobą wiele wspólnego. Zarówno sztuka jak i matematyka wymagają ogromnej wyobraźni i myślenia poza utartymi schematami, aby tworzyć nowe schematy. Dzięki zaproszonym muzykom mogę tej płyty teraz słuchać i wciąż odkrywać ją na nowo, bo zagrane przez nich solówki czy partie wciąż mnie zaskakują. Poziom satysfakcji już jest wysoki, a będzie rósł wykładniczo z każdym zadowolonym słuchaczem.

MN: No właśnie: satysfakcja odbiorców. Przywoływany tu już wcześniej nasz wspólny ulubieniec Phil Collins potrafił dostać sto dobrych recenzji i jedną złą, i to ona przeważała mając niestety największy wpływ na jego nastrój. Gdy poczuł się jakąś opinią skrzywdzony potrafił dzwonić do dziennikarza i dyskutować z nim na temat recenzji. Jak Ty sobie z tym radzisz? Stresuje Cię to jak zostanie odebrany efekt Twojego twórczego wysiłku, czy może jesteś pogodzony z tym, że ludzie, jak to ludzie, będę reagować różnie i oceniać Twoją muzykę nie zawsze sprawiedliwie?

RO: Jeśli dostanę sto dobrych recenzji i jedną złą to z całą pewnością napiszę do recenzenta co o tym myślę (śmiech). Jeśli będzie odwrotnie, posypię głowę popiołem i przyznam, że żaden ze mnie Collins. Myślę, że pytasz mnie o to, bo doskonale to rozumiesz. Stres jest ogromny. Pamiętam kiedy czytałem recenzję ASformation czy DiPamp. Zawsze puls 130 BPM. Jak była dobra to czytałem kilka razy i pławiłem się w tych słowach, a jak był zła… Była zła? Eee, chyba nie (śmiech). Na etapie tworzenia przyjąłem sobie założenie, że robię to dla siebie i liczę na to, że jest na tym świecie kilka osób o podobnym guście. Tej satysfakcji nikt już mi nie odbierze, bo mogę posłuchać, jak moje piosenki grają zawodowi muzycy. Bardzo nieskromnie lubię słuchać tej płyty.

MN: Opowiedz kilka słów o muzykach, którzy Cię wsparli w nagraniach. Odniosłem wrażenie, że to nie są po prostu opłaceni muzycy sesyjni, ale raczej Twoi dobrzy znajomi, którzy postarali się zostawić trochę serducha na tej płycie, a nie tylko odegrać partie.

RO: Zacząć muszę od Arka Suchary. Basista i przyjaciel. Choć raczej bardziej przyjaciel niż basista. Jego entuzjazm przy nagrywaniu i późniejszy doping przy dalszych pracach pozwolił mi dokończyć cały ten proces z sukcesem. Najlepszy polski basista i tyle. Darek Gola na bębnach. Jest leworęczny, więc sam widok bębnów ustawionych na odwrót sprawiał wrażenie, że zaraz zagra Phil (śmiech). Bardzo lubię jego dynamikę gry i zaangażowanie. Gra całym sobą i nikogo nie udaje. Nie mogę się doczekać koncertów, bo na żywo jego energia się bardzo udziela. Maciej Caputa zagrał na większości partii klawiszy. Profesjonalizm, ogromna wiedza i nieograniczona pomysłowość. Zawsze kiedy wysyłał swoje ślady byłem zaskoczony, bo zagrał tak jak chciałem tylko trochę lepiej. W jednym utworze na klawiszach słyszymy Roberta Gajgiera. Zagrał stylowo i precyzyjnie. Z resztą jego nazwisko coś już w polskim progrocku znaczy. Adam Kozubek pokazał się w „Annunciation”. Złowieszczy ambient i progrockowe solo, od którego nie można się uwolnić. Jan Swaton. Solo na saksofonie w „Human Cartoon” brzmi jakby było nagrane w USA, a finałowe solo na EWI w „Quintans” jest właśnie takie na jakie zasługuje finał: monumentalne i bardzo efektowne. Mam nadzieję, że na jakimś koncercie Janek zagra to solo w wersji znacznie dłuższej. Łukasz Zgoda na saksofonie i Marcin Skaba na skrzypcach w utworze „One of you” zagrali cudowne solówki. Paulina Obstój na wiolonczeli w „One of You”. Bardzo żałuję, że tylko w jednym utworze. Mam nadzieję, że z Pauliną nagram kiedyś całą płytę bo muzykujemy razem od zawsze. Odkąd pamiętam. 

Moi wokaliści to Jędrzej Skiba i Łukasz Szuba. Z Jędrzejem znam się od zawsze i zależało mi bardzo na współpracy bo słynie z perfekcjonizmu i ma niesamowite wyczucie melodii. Śpiewa niewiarygodnie czysto i jest młody, i przystojny co pewno pomoże mi w promocji (śmiech). Łukasz to przeciwieństwo Jędrka jeśli chodzi o barwę. Jego niski i głęboki głos szalenie mi pasował do moich kilku piosenek. Jego dbałość o odpowiednią interpretację tekstu sprawiała, że musiałem bardzo dobrze się zastanowić co chcę przekazać w moich tekstach, aby on mógł to odpowiednio wyśpiewać. Ich zaangażowanie było ogromne i wyniosło te piosenki na światowy poziom.

MN: Co dalej? Myślisz już po cichu o jakichś koncertach? Krążą w głowie pomysły na drugi album?

RO: Bardzo liczę, że uda się zagrać ten materiał na żywo. Niech minie to całe szaleństwo (rozmawiamy w czasie pandemii, przyp. MN) i na pewno się gdzieś spotkamy na koncercie. W głowie mam materiał na kilka płyt. Kontynuacja stylu z „Fiasko”, ale również wiele innych. Prawdopodobnie nie wystarczy na to czasu, ale jeśli uda się kilka z nich, już będzie dobrze.

MN: Wiem, że na horyzoncie masz jakiś projekt z muzyką elektroniczną. Możesz coś więcej o tym powiedzieć?

RO: Zostałem zaproszony do współpracy przez Przemka Rudzia. To zasłużony dla gatunku el-muzyki człowiek, również wielki fan Lema i wiem, że w gwiazdy patrzy z wielką lubością. Bardzo się na ten projekt cieszę, bo to coś zupełnie nowego dla mnie i mam sporo przestrzeni i wolności w tym co gram. No i zapowiada się naprawdę dobrze brzmiący, przestrzenny album.

MN: Jak radzisz sobie z pandemią i zamrożeniem wielu aktywności? Ograniczenia wpłynęły na Twoją aktywność jako słuchacza, otoczyłeś się płytami, książkami i filmami, zabawiasz rodzinę, czy może zaszyłeś się w domowym studio i dłubałeś przy własnych, nowych pomysłach?

RO: Jako nauczyciel staram się, aby zdalne nauczanie przyniosło uczniom maksimum korzyści, nie przysparzając im dodatkowych stresów. Nie zapominajmy w tym wszystkim, że dzieciaki są bardzo wrażliwe i też przeżywają lęki o siebie i swoich bliskich w tym trudnym czasie. Dzieci są mniej odporne na fake newsy i czasem skrywają przed nami strach słysząc wiele nieprawdziwych informacji. Brak kontaktu z rówieśnikami jest dla nich wyzwaniem. Sam „utknąłem” w domu z dziećmi, więc poza pracą zdalną jestem kurą domową (śmiech). Skrawki wolnego czasu rzeczywiście poświęcam na próby nagrywania nowych pomysłów i wspomnianego projektu z Przemkiem Rudziem. Po urodzeniu się młodszej córeczki książki czytam tylko jeśli wydaje coś nowego Jo Nesbo lub Maurycy Nowakowski (śmiech). Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy.

MN: Skoro Nesbo lub Nowakowski, to bardziej podobał Ci się „Nóż” czy „Niezależność”? Od razu powiem, że możesz bez ryzyka odpowiedzieć szczerze, bo recenzję „Fiaska” już napisałem i obiecuję, że cokolwiek powiesz, nie zmienię w niej nawet jednego słowa.

RO: Nesbo to klasyk gatunku. Jego „Czerwone gardło” pochłonęło mnie całkowicie. Coś podobnego zdarzyło mi się czytając „Plagiat” wspomnianego tu Nowakowskiego. No i dwóch tytanów kryminału wydaje kolejne części swoich serii. Porównania są nieuniknione. Walka trochę nierówna, gigant Nesbo znany na całym świecie i Nowakowski, który na trudnym polskim rynku próbuje zająć całkowicie słuszne mu miejsce w gronie najważniejszych twórców kryminałów. I znowu ja, nauczyciel w wiejskiej szkole, muszę decydować o losach świata (śmiech). A więc o ile Nesbo po raz pierwszy nieco mnie rozczarował, o tyle Nowakowski znowu zaskoczył. „Niezależność” spokojnie buduje napięcie i piętrzy wątki w bardzo zgrabny sposób. Jeśli twoja recenzja będzie nieprzychylna, na pewno zadzwonię (śmiech).

MN: Bardzo dobra odpowiedź, a dzwonić nie będziesz musiał, przynajmniej w sprawie recenzji, bo płyta mi się podoba i dosyć precyzyjnie opisałem dlaczego. Po publikacji wszystko będzie jasne. Dziękuję Ci za wywiad i solidną porcję dobrej muzyki. Zapewne nie tylko ja czekam na więcej. Trzymam kciuki, żeby „Fiasko”, wbrew tytułowi, odniosło zasłużony sukces.

RO: Dziękuję!

MLWZ album na 15-lecie