Pineapple Thief, The - Little Man

Artur Chachlowski,

ImageIdealna płyta na tę porę roku. Melancholijna. Smutna. Nastrojowa. Ale prawdziwie piękna. Zresztą zespół The Pineapple Thief zdążył nas już do tego dawno przyzwyczaić. Piąty album w dorobku tej formacji jest jednak jeszcze bardziej klimatyczny od poprzednich. Choć trzeba też przyznać, że na albumie „Little Man” wciąż obecna jest atmosfera znana z wcześniejszych płyt tego zespołu. W dalszym ciągu słychać na nim fascynacje osiągnięciami Porcupine Tree, słychać pierwiastki brit popu, są też i inne elementy tak bardzo charakterystyczne dla brzmienia The Pineapple Thief.

Liderowi zespołu, Bruce’owi Soordowi, udało się zgromadzić wokół siebie gromadkę bardzo dobrych muzyków. Dzięki temu Złodziej Ananasów ze studyjnego projektu, bo takim był w pierwotnym zamyśle, przeistoczył się w koncertującą z coraz większym powodzeniem grupę. Do znanych już z poprzednich płyt Wayne’a Higginsa (g), Jona Sykesa (bg) i Keitha Harrisona (dr) dołączył nowy klawiszowiec Steve Kirch. Spisuje się on na płycie „Little Man” wręcz znakomicie. Jego zadziwiające sample nadają kilku utworom na „Little Man” całkowicie nowego wyrazu. Popycha to zespół jeszcze bardziej w stronę Jeżozwierzy, tak mniej więcej z okolic albumu „Signify”. Zaznaczmy jednak, że nowy nabytek nie zdominował brzmienia zespołu, ani – na szczęście – też go nie zrewolucjonizował. Po prostu w kilku nagraniach wyraźnie słychać zastosowane przez niego nowinki techniczne i trzeba przyznać, że wspaniale wpisały się one w charakterystyczne brzmienie grupy.

Bruce Soord przygotowywał tę płytę przez blisko dwa lata. W tym czasie w jego życiu wydarzyła się osobista tragedia. Nie znam szczegółów, ale sądząc po tytułach utworów zamieszczonych na płycie „Little Man” można się ich domyślać. „Dead In The Water”, „God Bless The Child”, „We Love You”, czy sam tytuł płyty potrafią wiele powiedzieć. A w rogu białej okładki odcisk dwóch małych stóp. Stóp małego człowieczka. Kruszynki, której zapewne już nie ma. Podobno smutek, żal i tęsknota za tym, czego już nie ma, często prowadzą do eksplozji talentu i weny twórczej. I tak też się stało na nowej płycie The Pineapple Thief. Wystarczy posłuchać wyciszonych w bólu nagrań „November”, „Little Man”, „Boxing Day”, „Wilting Violet”, „Snowdrops”, czy „Wait”.  To prawdziwe arcydzieła stylowo wyciszonego nastroju.

Ale przecież nie wyłącznie takie utwory można spotkać na tym albumie. Są na nim przecież także bogate w elektroniczne brzmienia „God  Bless The Child” i „God Bless The Children”, jest też wysmakowany utwór „Dead In The Water”, czy umieszczony na samym końcu płyty wspaniały epik „We Love You”. Wspaniale komponuje się ta płyta jako jedna zamknięta całość, gdzie natchnione brzmienia niejednokrotnie sąsiadują z rozedrganą elektroniką. Pod każdym względem zespół osiągnął na „Little Man” idealną równowagę, dzięki czemu albumu słucha się z prawdziwą przyjemnością.

Z największego bólu i z towarzyszących mu dotkliwych emocji rodzą się najwspanialsze muzyczne dźwięki. Mnóstwo było już na to przykładów w muzyce, nie tylko zresztą rozrywkowej. Dzięki albumowi „Little Man” przybył kolejny. Muzycznie piękny. Brzmieniowo wspaniały. W swoim wydźwięku niesamowicie smutny. Pełen niezwykłej melancholii, nostalgii i wyciszenia. Przemyślany. Dojrzały. Wysmakowany. Przemawiający do wyobraźni i prowokujący do zadumy. I bardzo jesienny… Taki właśnie jest nowy album grupy The Pineapple Thief.

P.S. Już po napisaniu tej recenzji dowiedziałem się, że 17 lutego 2006r. zmarło dziecko Bruce’a, Felix Soord. Chłopiec przyszedł na świat 3 miesiące przed planowanym rozwiązaniem i zmarł po zaledwie 4 dniach życia.

MLWZ album na 15-lecie